Biegnij!

Wpada rozemocjonowana, aby powiedzieć, a tam powiedzieć, aby wykrzyczeć: Nie ma Go w grobie! Coś się wydarzyło! Biegnijcie zobaczyć!

Poderwali się. Nic nie rozumieli, o co jej chodzi, ale na taką wiadomość nie mogli zareagować inaczej, jak zerwać się i pobiec.

Jeden był szybszy. Może dlatego, że był młodszy. A może dlatego, że był umiłowanym uczniem, a miłość jest szybsza. Miłość się wyrywa, biegnie bez zmęczenia, wyprzedza wiele i jest pierwsza u celu. Drugi też początkowo biegł, ale trochę opadł z sił. Mimo to, wytrwale szedł. Nie było innej opcji. Spotkali się w końcu przy grobie i weszli razem. Pusty. Nie ma Go tam. Uwierzyli.

Od dwóch tysięcy lat inna Oblubienica Chrystusa – Kościół – wpada co roku do miejsca, gdzie siedzimy. Wpada tam, gdzie jesteśmy dzisiaj. I chce nam coś wykrzyczeć. Nie, to nie jest ułożona formułka, to pełne emocji Orędzie: Nie ma Go w grobie! Grób jest pusty! Biegnijcie!

Więc poderwijmy się. To nic, że nie rozumiemy. Dajmy się poderwać. Wybiegnijmy na zewnątrz. Nie możemy zostać na miejscu. I biegnijmy. Nie jest ważne jak szybko biegnę ja, a jak ty, jak ktoś obok. Biegnijmy razem, nawet jeśli każdy w swoim tempie. Dzisiaj nie jest ważne jak biegniesz. Nikt nas nie będzie z tego egzaminował. Pędzisz jak oszalały? Pędź. Biegniesz, ale opadasz z sił i wleczesz się? Wlecz się. Grunt, żebyśmy razem zmierzali w tym samym kierunku. Grunt, żeby to była nasza odpowiedź na to Orędzie. Spotkamy się, wejdziemy razem. Ja zobaczę i ty zobaczysz. Uwierzymy.

Dzisiaj ważne jest jedno: usłysz krzyk Orędzia. Daj się poderwać.

Uświadomiłem sobie dzisiaj, że każda Eucharystia to ten moment, kiedy Maria Magdalena – Kościół – wpada z krzykiem w moje życie. Zrozumiałem dialog przed prefacją: „Pan z Wami!… W górę serca!….” Zrozumiałem moment końcowego posłania: „Idźcie…!” To jest krzyk tej, która zobaczyła pusty grób. To jest krzyk tej, która od ponad dwóch tysięcy lat nie robi nic innego, jak wpada w życie ludzi, aby obwieścić im Orędzie, aby poruszyć: Wy też idźcie! Biegnijcie tam! Zobaczcie sami!

Oto Człowiek

Kogo widzę wpatrując się w Krzyż w Wielki Piątek, przychodząc do grobu w Wielką Sobotę? Bóg, który poszedł tak daleko w swojej miłości, że stał się jednym z nas. Bóg, który nie tylko pozwolił, aby mówiono o Nim: „Oto człowiek”, ale uczynił z tego swoją chlubę.
Patrzę na Krzyż i widzę Człowieka, który nie miał „wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, że mieliśmy Go za nic”. Z trudem przychodzi powiedzieć: Oto Człowiek, a co dopiero powiedzieć: Oto Bóg!
Patrzę na grób i czekam. Wypatruję Ukrytego za zasłoną śmierci, Schowanego w ludzkim grobie. Rodzi się pytanie: czy jest sens tak czekać, tak bezczynnie trwać wpatrzonym w grób? Po co to czuwanie?
Uczę się w te Dni Boga. Uczę się Go rozpoznawać. Uczę się, że w tych wszystkich, w których nie znajduję wdzięku ani blasku, wzgardzonych i odepchniętych, tych którzy nie mają wyglądu, aby się mi podobać jest właśnie On-Ukryty. Wielkopiątkowa adoracja Krzyża uczy mnie adorować Ukrzyżowanego w bezdomnych, chorych, biednych, poranionych, pogubionych, odrzuconych… Ten krzyk z Krzyża: „Pragnę” jest krzykiem, który rozlega się wokół mnie, w moim środowisku, na ulicy, i wielu innych miejscach. Jezus mówi: Pragnę. Pragnę, abyś ucałował Mnie nie w martwej pasyjce, ale w żywym człowieku. Oto Człowiek.
A grób uczy mnie cierpliwie towarzyszyć. Przypomina mi się przy tym, jak pewnego dnia zostałem wezwany do umierającego chorego. Udzieliłem mu namaszczenia, jeszcze chwilę się pomodliliśmy i już chciałem wracać na plebanie, ale żona tego człowieka poprosiła mnie, żebym jeszcze z nimi został. Siedziałem obok łóżka, modląc się, trzymając tego człowieka za rękę. Po drugiej stronie na łóżku siedziała żona. Modliliśmy się razem. Czas płynął. Na początku gorąco modliłem się o uzdrowienie, żeby Bóg dokonał cudu, żeby stan się polepszył. Żarliwa modlitwa charyzmatyczna w sercu. Cud nie przychodził. Potem przyszedł etap modlitwy: Boże, to jak ma umrzeć, to daj mu już tę łaskę, niech się nie męczy tak. A on się męczył. Widać było, że to trudny moment dla niego. Modliłem się już o szybką śmierć i sam byłem zmęczony tą modlitwą. Ale jego żona jakby intuicyjnie wyczuwała moje zmęczenie i co jakiś czas powtarzała: Niech nas ksiądz nie zostawia, niech jeszcze ksiądz trochę z nami będzie. Byłem. I od modlitwy o uzdrowienie, przez modlitwę o szybką śmierć, doszedłem do momentu, w którym po prostu byłem. Już niewiele mówiłem. W moim sercu przyszło wyciszenie. Nagle zrozumiałem, że jestem pod Krzyżem. Autentycznie. I nie chodzi o to, żebym modlił się o cud, ani o ulgę w cierpieniu, ale o to, żebym był. Moim zadaniem było trwać razem z tą kobietą przy jej umierającym mężu. W sercu miałem przekonanie, że uobecnia się scena trwania Maryi i Jana przy konającym na Krzyżu Jezusie. Trwanie. Obecność. Towarzyszenie. Dowiedziałem się, że ten człowiek umarł zaraz po tym jak wyszedłem z mieszkania. Spojrzał na obraz Maryi wiszący na ścianie i zmarł. To była dla mnie wielka lekcja wchodzenia w Boży plan. Uczenia się, że Bóg potrzebuje mnie nie tylko po to, żebym coś zrobił dla Niego, coś zrobił efektownego dla innych… czasem po prostu mnie potrzebuje, abym był. W drugim człowieku potrzebuje tylko i aż mojej obecności. Nie muszę wcale rozwiązywać wszystkich ludzkich problemów, mieć odpowiedzi na wszystkie pytania, umieć przyjść z pomocą w każdej sytuacji, ale muszę mieć gotowość do trwania i do bycia.
Trzy Dni w szkole miłości, aby uczyć się Bożej logiki, Bożego spojrzenia na świat, drugiego człowieka i na siebie samego.

Sługa

„Jestem sługą Twoim, Panie, synem Twojej służebnicy” (Psalm 116, 16)

Te słowa zamieściłem na swoim obrazku prymicyjnym, żeby wyznaczały mi program kapłaństwa.

On jest Pierwszym Sługą – Chrystus Sługa. Takiego Go poznałem. Takim się zachwyciłem. Za takim poszedłem. Chrystus, który pochyla się człowiekowi do nóg w geście niewolnika. Tak, wówczas to niewolnicy obmywali nogi swoim panom. On, Pan panów staje w postawie niewolnika przed człowiekiem. Niewolnik Miłości. Uczy mnie logiki Miłości, logiki służby. Uczy mnie pochylać się przed człowiekiem, paść przed nim, paść do jego stóp. Uczy mnie, że każde stopy są godne, by je obmywać i ucałować. Niewolnik Miłości nie wybiera. Niewolnik nie wybiera, bo nie ma prawa wybierać. On pochyla się przed każdymi, obmywa każde, całuje każde. Kapłaństwo to bycie u stóp drugiego.

„Jestem sługą Twoim Panie, synem Twojej służebnicy”.

Bycie sługą Chrystusa Sługi wymaga ode mnie nieustannego dbania o mój wzrok serca, abym widział w każdym człowieku Chrystusa, któremu mam usłużyć, Chrystusa, który sam się pochyla, aby usłużyć temu człowiekowi. Bycie synem służebnicy Chrystusa Sługi, to bycie synem Kościoła, którego misją jest czynne życie przykazaniem miłości.

Tym razem odwołam się do programowej encykliki bł. Jana Pawła II – Redemptor Hominis. Encykliki, którą uważam także, za program mojego kapłaństwa:

Jezus Chrystus jest tą zasadniczą drogą Kościoła. On sam jest naszą drogą „do domu Ojca” (por. J 14, 1 nn.). Jest też drogą do każdego człowieka. Na tej drodze, która prowadzi od Chrystusa do człowieka, na tej drodze, na której Chrystus „jednoczy się z każdym człowiekiem”, Kościół nie może być przez nikogo zatrzymany. Domaga się tego doczesne i wieczne dobro człowieka. Kościół ze względu na Chrystusa, z racji tej tajemnicy, która jest własnym życiem Kościoła, nie może też nie być wrażliwy na wszystko, co służy prawdziwemu dobru człowieka — jak też nie może być obojętny na to, co mu zagraża. (…)
Człowiek w całej prawdzie swego istnienia i bycia osobowego i zarazem „wspólnotowego”, i zarazem „społecznego” — w obrębie własnej rodziny, w obrębie tylu różnych społeczności, środowisk, w obrębie swojego narodu czy ludu (a może jeszcze tylko klanu lub szczepu), w obrębie całej ludzkości — ten człowiek jest pierwszą drogą, po której winien kroczyć Kościół w wypełnianiu swojego posłannictwa, jest pierwszą i podstawową drogą Kościoła, drogą wyznaczoną przez samego Chrystusa, drogą, która nieodmiennie prowadzi przez Tajemnice Wcielenia i Odkupienia. (…) Człowiek w całej prawdzie jego życia, jego sumienia, w jego nieustannie się potwierdzającej grzeszności, a równocześnie w nieustannie się ujawniającej dążności do prawdy, dobra, piękna, do sprawiedliwości i miłości (…)
Ten człowiek jest drogą Kościoła — drogą, która prowadzi niejako u podstawy tych wszystkich dróg, jakimi Kościół kroczyć powinien, ponieważ człowiek — każdy bez wyjątku — został odkupiony przez Chrystusa, ponieważ z człowiekiem — każdym bez wyjątku — Chrystus jest w jakiś sposób zjednoczony, nawet gdyby człowiek nie zdawał sobie z tego sprawy: „Chrystus, który za wszystkich umarł i zmartwychwstał, może człowiekowi przez Ducha swego udzielić światła i sił, aby zdolny był odpowiedzieć najwyższemu swemu powołaniu”

„Nec laudibus, nec timore” (Bez pochwał, bez lęku).

To drugie hasło, które zamieściłem na obrazku prymicyjnym. Zaczerpnięte z hasła biskupiego bł. Kardynała Klemensa von Galena.

Ono jest mi potrzebne, żebym mógł iść tą właśnie drogą. Żebym – jak napisał bł. Jan Paweł II – nie został na niej przez nikogo zatrzymany. A jeszcze bardziej, żebym sam się na niej nie zatrzymał bądź to przez chęć przypodobania się komuś, bądź to przez strach przed kimś lub przed czymś. Potrzebne mi te słowa: „Nec laudibus, nec timore”, żebym mógł iść do przodu, tam i tak jak iść powinienem. Żebym nie dał się zwieść z właściwej drogi.

Wielki Czwartek prowadzi niechybnie do Wielkiego Piątku. Bycie sługą na wzór Chrystusa Sługi musi doprowadzić w końcu do Krzyża. Ale na końcu jest poranek wielkanocny. Zwieńczeniem Triduum jest poranek wielkanocny, ale początek jest w Wielki Czwartek. Pomiędzy jest Krzyż. Żaden z tych dni nie jest odrębny. Żaden nie będzie zrozumiały w oderwaniu od innych. Kolejny jest konsekwencją poprzedniego. Następny ma przyczynę w poprzednim. Razem stanowią jedną całość.

To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie.
On, istniejąc w postaci Bożej,
nie skorzystał ze sposobności,
aby na równi być z Bogiem,
lecz ogołocił samego siebie,
przyjąwszy postać sługi,
stawszy się podobnym do ludzi.
A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka,
uniżył samego siebie,
stawszy się posłusznym aż do śmierci –
i to śmierci krzyżowej.
Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył
i darował Mu imię
ponad wszelkie imię,
aby na imię Jezusa
zgięło się każde kolano
istot niebieskich i ziemskich i podziemnych.
I aby wszelki język wyznał,
że Jezus Chrystus jest PANEM –
ku chwale Boga Ojca. (Flp 2, 5-11)

Trzos

W ostatnich dniach liturgia wielokrotnie wspomina Judasza. Osobiście zwróciłem uwagę na to, że Judasz miał pieczę nad trzosem. Był pierwszym skarbnikiem Kościoła. Podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy Jezus zwrócił się do niego, by zrobił, co ma zrobić, reszta myślała, że może ma dać coś ubogim. To znaczy, że mieli taką praktykę – wspierać biednych ze wspólnotowego trzosa. Niestety Judasz był złodziejem, jak mówi Pismo Święte. Apostoł, któremu powierzono pieczę nad trzosem, nad majątkiem okazał się złodziejem.

Od początku wspólnota Kościoła miała swój trzos. Od początku jest on przedmiotem kontrowersji. Od początku ktoś chciał ten trzos okradać. A to ktoś z zewnątrz, a to ktoś swój. Najbardziej bolesne i szkodliwe jest to, kiedy Kościół jest okradany przez swoich. Czy dzisiaj też są złodzieje w łonie Kościoła? Ależ oczywiście. Skoro był złodziej wśród Apostołów, to i dzisiaj Kościół nie jest od nich wolny. Być może naszą reakcją na te słowa jest zachowanie Dwunastu z Ostatniej Wieczerzy: „Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi.” Żeby padła odpowiedź, trzeba najpierw odpowiedzieć, czym faktycznie są skarby Kościoła i kto dzisiaj trzyma trzos.

Był też w historii Kościoła (w III w po Chrystusie) inny skarbnik – diakon Wawrzyniec. Zarządzał majątkiem Kościoła w Rzymie, a jednocześnie opiekował się biednymi. Podczas prześladowań, cesarz nakazał konfiskatę majątku kościelnego. Zwrócono się do Wawrzyńca z żądaniem wydania wszystkich dóbr, które były pod jego zarządem. Diakon zebrał wszystkich biednych wspieranych przez wspólnotę lokalnego Kościoła, wskazał na nich i odpowiedział: „Oto są skarby Kościoła!”

A więc chodzi o ubogich. Ubogich materialnie, ale i ubogich duchowo. Jutro podczas Mszy   Krzyżma wybrzmi Ewangelia, w której Chrystus odnosi do siebie słowa proroka Izajasza: „Duch Pański spoczywa na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana”. W pierwszym rzędzie powinni usłyszeć je biskupi, księża, diakoni, a więc ci, którzy na mocy święceń zostali upodobnieni do tego właśnie Chrystusa, który te słowa wypowiada. Ale usłyszy je także cały lud, wszyscy wierni, którzy na mocy chrztu są ludem kapłańskim i mają swój udział w misji kapłańskiej Chrystusa. Oto ci, którzy są odpowiedzialni za „trzos Kościoła”, na których spoczywa zadanie troski o „skarby Kościoła”.

Jak mamy się wywiązywać z naszego zadania zarządców dóbr Kościoła? Papież Franciszek powiedział podczas Mszy inauguracyjnej, że oznacza to:

„otwierać ramiona, aby strzec całego Ludu Bożego i przyjąć z miłością i czułością całą ludzkość, zwłaszcza najuboższych, najsłabszych, najmniejszych, tych których św. Mateusz opisuje w sądzie ostatecznym z miłości: głodnych, spragnionych, przybyszów, nagich, chorych, w więzieniu”.

I dodał:

„Strzec Jezusa wraz z Maryją, strzec całego stworzenia, strzec każdej osoby, zwłaszcza najuboższej, strzec nas samych: to właśnie jest posługa, do której wypełniania powołany jest Biskup Rzymu, ale do której wezwani jesteśmy wszyscy, aby zajaśniała gwiazda nadziei: Strzeżmy z miłością tego, czym Bóg nas obdarzył!”

Jego poprzednik, Benedykt XVI, w liście na Wielki Post 2013 pokazał nam wymiar duchowej troski o współczesnych ubogich:

„Pojawia się bowiem niekiedy tendencja do ograniczania „miłości bliźniego” do solidarności lub zwykłej pomocy humanitarnej. Trzeba natomiast pamiętać, że NAJWIĘKSZYM DZIEŁEM MIŁOŚCI JEST WŁAŚNIE EWANGELIZACJA, CZYLI ,,POSŁUGA SŁOWA” . Nie ma bardziej dobroczynnego, a zatem bardziej miłosiernego działania na rzecz bliźniego niż łamanie chleba Słowa Bożego, dzielenie się z nim Dobrą Nowiną Ewangelii, wprowadzanie go w relację z Bogiem: ewangelizacja jest największą i pełną promocją osoby ludzkiej. Jak pisze sługa Boży Papież Paweł VI w encyklice Populorum progressio, właśnie głoszenie Chrystusa jest pierwszym i zasadniczym czynnikiem rozwoju . To pierwotna prawda o miłości Boga do nas, którą się żyje i głosi, otwiera nasze życie na przyjęcie tej miłości i umożliwia integralny rozwój ludzkości i każdego człowieka”.

A więc na dwa sposoby (nie jeden do wyboru) mamy strzec „skarbów Kościoła”: głosić Dobrą Nowinę, dzielić się świadectwem wiary, ewangelizować i troszczyć się o ubogich, skrzywdzonych, odrzuconych.

Jeśli jesteś biskupem, księdzem, diakonem, osobą konsekrowaną i nie robisz tego, to jesteś współczesnym apostołem złodziejem. Przypomina mi się pewien kapłan, który spowiadał się z tego, że nie dawał jałmużny na biednych i dziesięciny na swoją wspólnotę. I to rodzi we mnie odpowiedź: jeśli nie daję jałmużny, jeśli nie wyznaczę sobie dziesięciny, którą przeznaczę na potrzeby lokalnych ubogich, to jestem złodziejem i powinienem spowiadać się z grzechu przeciwko przykazaniu „Nie kradnij!”. Jeśli nie głoszę z serca Słowa Bożego, nie staram się z nim dotrzeć do wielu osób, jeśli nie ewangelizuję, nie szukam zagubionych, poranionych wewnętrznie, to jestem złodziejem i powinienem spowiadać się z grzechu przeciwko przykazaniu „Nie kradnij!”. Tak, bo dostałem od Kościoła łaskę głoszenia Słowa, sprawowania sakramentów, namaszczenia kapłańskiego. I jeśli nie przekazuję tego, nie puszczam w obieg, jak ewangelicznego talentu, to znaczy, że zatrzymuję to dla siebie, przywłaszczam, kradnę.

Może jesteś świeckim, takim „zwykłym wiernym”. Tak, ty też możesz mówić o Chrystusie, możesz o Nim świadczyć. Ty też możesz zatroszczyć się o biednych, chorych, samotnych, odrzuconych. Możesz. Ale możesz też mieć postawę o której dzisiaj powiedział Papież Franciszek: „Ktoś mógłby mi powiedzieć: „Nie mam czasu”, „Mam tak wiele rzeczy do zrobienia”, ” to jest trudne”, „Co mogę zrobić, mam tak mało sił?”. Często zadowalamy się jakąś modlitwą, niedzielną Mszą św. przeżywaną w rozproszeniu i nieregularnie, jakimś aktem miłosierdzia, ale nie mamy tej odwagi, by „wyjść”, aby nieść Chrystusa”. Tak, wówczas też stajesz się złodziejem.

Warto więc słuchając o Judaszu zrobić sobie rachunek sumienia. Może okaże się, że wszyscy mamy coś na sumieniu, chociaż wszyscy chcielibyśmy zareagować jak Apostołowie z dzisiejszej Ewangelii: „Zasmuceni tym bardzo, zaczęli pytać jeden przez drugiego: <Chyba nie ja, Panie?>” A może właśnie ja. Tak, to ja jestem złodziejem. Ale mogę wejść na drogę nawrócenia. Mogę przestać okradać „skarbiec Kościoła”. Nie muszę być złodziejem. Jest wyjście. Wskazał na nie dzisiaj Papież Franciszek:

Wielki Tydzień jest czasem łaski, który daje nam Pan, aby otworzyć drzwi naszych serc, naszego życia, naszych parafii, to dobrze dla wielu naszych zamkniętych parafii, ruchów, stowarzyszeń, by „wyjść” na spotkanie innych, stać się bliskimi, aby nieść światło i radość naszej wiary. Zawsze wychodzić!  Czyniąc to z miłości i czułością Boga, z szacunkiem i cierpliwością, wiedząc, że my dajemy nasze ręce, nogi, serca, ale wówczas to Bóg je prowadzi i czyni owocnymi wszelkie nasze działania.

Trudna prawda

„Panie, pójdę za Tobą, dokądkolwiek pójdziesz! Życie za Ciebie oddam!”

Ile razy tak wołałem mając swój pobożny flow. Na rekolekcjach, na adoracji, na spotkaniu ewangelizacyjnym, modlitewnym, itd. Życie oddam! I niech ktoś spróbuje powiedzieć mi, że mogę inaczej. Nie, tym razem to już mówię serio, radykalnie.

„Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz”

No co Ty, Panie, mówisz? Nie wierzysz we mnie? Nie wierzysz, że Cię aż tak kocham? To ja jeszcze raz Ci powtórzę: „Panie, pójdę za Tobą, dokądkolwiek pójdziesz! Życie za Ciebie oddam!”

„Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz”

Hmm, Ty znasz prawdę. Wiesz, że tak było już nie jeden raz. Wiesz, że jeszcze wielokrotnie tak będzie. Nawet dokładnie wiesz ile razy. Nie chcesz wcale mi dzisiaj powiedzieć, że nie wierzysz w moją miłość do Ciebie. Chcesz powiedzieć, że znasz prawdę. Ona nie przeszkadza Ci dalej mnie kochać. Ona nie sprawia, że cofasz swoje: „Pójdź za Mną!”.

Słyszę w dzisiejszej Ewangelii: Łukasz, znam twoje słabości, twoje grzechy, wiem dokładnie ile razy jeszcze one sprawią, że się mnie wyprzesz. Wiem, że mówisz szczerze, że chcesz oddać za Mnie swoje życie, i że ten zapał jest szczery. Ale wiem, że będzie jeszcze wiele takich momentów, kiedy z takich, czy innych powodów, w taki, czy inny sposób, powiesz, że Mnie nie znasz.

„Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: „Znam Go”, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy„. (1 List św. Jana Apostoła 2, 3). „Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością”. (1 List św. Jana Apostoła 4, 8).

Kocham Jezusa i chcę oddać za Niego życie – to prawda. Nie znam Go – to też prawda. Tak, jak Piotr, tak i ja, w jednym i w drugim przypadku mówimy prawdę: kocham i nie znam. Wydaje się radykalnie różna, nie do pogodzenia. Ale to jest prawda o nas. Trudna prawda.

Jezus mówi o tym wcześniej, uprzedza Piotra, mnie, ciebie, żebyśmy wiedzieli, że On wie, że tak będzie. Nie udowadnia nam naszej słabości. Mówi: znam prawdę o tobie, ale ona nie zmienia nic w Moim spojrzeniu na ciebie. Jezus nie rezygnuje z nas, nie odrzuca, nie skreśla z listy swoich uczniów. On przyjdzie jeszcze raz, Zmartwychwstały, żeby zapytać się: „Czy mnie miłujesz?”

Wczoraj Papież Franciszek zapraszał nas, żebyśmy w Wielkim Tygodniu pomyśleli o wielkiej cierpliwości Boga wobec nas. To jest właśnie to, co sprawia, że nie muszę skończyć jak Judasz – cierpliwość i miłosierdzie Boga. Ile razy zaprę się Go, tyle razy też jest gotowy Zmartwychwstać dla mnie i przyjść zapytać o jedno: „Czy mnie kochasz?” Bo tylko to jest dla Niego najważniejsze.

Oblicze Boga to oblicze miłosiernego Ojca, który zawsze ma cierpliwość do każdego z nas. Rozumie nas i na nas czeka. Przebacza nam, gdy powracamy do niego ze skruszonym sercem. Wielkie jest miłosierdzie Pana – jak mówi jeden z Psalmów. (…)
Doświadczanie miłości Boga wydobywa z nas to, co najlepsze, zmienia też świat, który staje się „mniej zimny, a bardziej sprawiedliwy”. Już prorok Izajasz pisał, że choćby nasze grzechy były czerwone jak szkarłat, to miłość Boża uczyni je białymi jak śnieg. (…)
Nie zapomnijmy tych słów: Bóg nigdy nie zmęczy się tym, by nam przebaczać. Problem w tym, że to nas męczy proszenie Go o przebaczenie. (Papież Franciszek)

Betania

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami je otarła. A dom napełnił się wonią olejku.

 

Wiedział gdzie idzie i co Go czeka w najbliższych dniach. Rozpoczął właśnie najtrudniejszy czas swojego życia. Postanowił odwiedzić najpierw dom swoich przyjaciół. Zatrzymał się u nich. Zanim na drodze krzyżowej pojawił się Szymon, najpierw byli Łazarz, Maria i Marta. Bóg, który potrzebuje przyjaciół, potrzebuje być z nimi, ucztować, śmiać się, pić wino… Ma takie ludzkie potrzeby.

I oni – przyjaciele. Ucieszyli się Jego obecnością. Wyprawili ucztę, nie skromny poczęstunek, ale ucztę. Na bogato. Bez oszczędzania. A Marię to już w ogóle poniosło. To, co miała najcenniejszego zostało „zmarnowane” dla Przyjaciela. Bez rachunku zysków i strat, liczyła się ta chwila, kiedy był wśród nich. Liczył się On i przyjaźń między nimi.

Kiedy piszę te słowa, sam wyszedłem niedawno z takiego domu, z mojej Betanii. Żółta kanapa i fotel z funkcją relaks. Okrągły stół, na którym dzisiaj serwowano pyszne gniocchi, a kiedyś odprawiłem na nim Eucharystię. Wtedy w sposób szczególny byliśmy zasiadającymi z Nim przy stole. Ale wiem, że nie tylko wtedy, nie tylko podczas wspólnie odmawianych nieszporów, czy różańca z dopowiedzeniami. On jest obecny wśród nas, w wielkiej prostocie, ilekroć spotykamy się w braterskiej, przyjacielskiej wspólnocie. „Gdzie miłość wzajemna i dobroć, tam znajdziesz Boga żywego.” Nie zawsze przychodzi w otoczce kłębiącego się kadzidła. Czasem, otacza  Go bukiet dobrego wina, albo zapach smacznej potrawy. Kocham te chwile pełne spontanicznej radości, bycia razem. Nasze ucztowania. A czasem przychodziłem zdołowany, żeby pobyć, pogadać, posiedzieć w fotelu. Moja Betania, mój dom przyjaciół. Jest więcej takich domów, w których wiem, że zawsze jestem mile widziany, gdzie mieszkają moi przyjaciele i gdzie ja jestem przyjmowany jak przyjaciel.

Dzisiaj myślę o moich przyjaciołach, o ich domach otwartych na mnie. Chcę w nich rozpoznać tę właśnie Ewangelię. Chcę Wam dzisiaj z serca podziękować, moi przyjaciele. Dzisiaj modlę się Psalmem 133 dziękując za Was. Jest w nim mowa o  wybornym olejku. To jest ten sam olejek, którego woń napełniła dom w Betanii. To nie woń nardu, ale woń przyjaźni, braterskiej miłości napełniła ten dom. Dziękuję Ci, moja Betanio, gdzie Pan udziela mi błogosławieństwa i życia.

Psalm 133
Oto jak dobrze i jak miło,
gdy bracia mieszkają razem;
jest to jak wyborny olejek na głowie,
który spływa na brodę,
<brodę Aarona, który spływa
na brzeg jego szaty>
jak rosa Hermonu, która spada
na górę Syjon:
bo tam udziela
Pan błogosławieństwa,
życia na wieki.

Osioł, pasja i misja

Osioł

Dzisiaj Kościół zaczyna liturgię od Ewangelii o powołaniu osła. Bardziej znana jest jako Ewangelia o wjeździe Jezusa do Jerozolimy, ale dla mnie jest o powołaniu osła.

Jezus ruszył na przedzie zdążając do Jerozolimy. Gdy przyszedł w pobliże Betfage i Betanii, do góry zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród swoich uczniów, mówiąc: „Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie oślę uwiązane, którego nikt jeszcze nie dosiadł. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał, dlaczego odwiązujecie, tak powiecie: «Pan go potrzebuje»”.

To nie był przypadkowy osioł. Wszystkim wydawało się, że osioł, jak osioł – normalny, jeden z wielu tamtejszych osłów. Owszem, ale jednak był upatrzony, wybrany przez Jezusa. To miał być właśnie ten i własnie taki. Nikt go jeszcze nie dosiadł, to znaczy, że nie był jeszcze „ułożony”, pokorny i chętny do współpracy. Raczej był uparty, przekorny, i musiał sprawiać problemy. To jestem właśnie ja. Wybrany, dokładnie upatrzony: z takimi zaletami, z takimi wadami, z takim charakterem, itp. – własnie ten i właśnie taki. I nie jestem dobrym osłem, tym ułożonym. Upieram się przy mojej woli, szukam siebie, uparcie trwam w moich słabościach, nie bardzo chcę (albo nie potrafię) współpracować. Sprawiam problemy, owszem. Ale do osła i do mnie odnoszą się słowa Jezusa: „Pan go potrzebuje”. Pan potrzebuje takiego właśnie osła. Hmm, ze też nie wziąłem sobie tych słów na obrazek prymicyjny.

Pasja

Cały Kościół uroczyście odczytuje albo wyśpiewuje dzisiaj opis męki Jezusa, czyli tzw. Pasję. Na słowo „pasja” przypomina się Janek, który mówił na liturgii neokatechumenalnej o chłopaku z rodziny, który miał pasję kolejarską. Od małego interesował się kolejkami. To był jego świat. W miarę jak dorastał poznawał go coraz lepiej. Już nie tylko interesowały go pociągi jako takie, ale wchodził w szczegóły, detale związane z kolejarstwem. To była i jest nadal jego pasja. Poświęcił temu swoje życie i dzisiaj pracuje na kolei.

Pasja Jezusa to nie tylko opis Jego męki. To coś znacznie więcej. To ogromna miłość do człowieka. Miłość, która jest mną zainteresowana, poznaje mnie. Tak jak powiedział Natanaelowi: „Zanim cię Filip przyprowadził, widziałem cię”. Tak, On widzi detale mojego życia. Są szalenie ważne dla Niego. Tak jest mną zafascynowany, że nic nie umknie Jego uwadze. Nic? To znaczy, że zna też te brudne detale. Te części mnie, które są pokryte lepkim smarem. Zna moją słabość i mój grzech. Może lepiej, żeby aż tak się mną nie interesował… Ale przecież, jak powie św. Paweł w Liście do Rzymian, właśnie w tym Bóg okazał nam swoją miłość, że Jezus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami. On nas poznał takich, jacy jesteśmy prawdziwie i takim właśnie poświęcił swoje życie. Pasja Jezusa.

Misja

Dzisiaj Kościół obchodzi też Światowy Dzień Młodzieży. Papież Benedykt XVI zaproponował, aby w tym roku przeżywać go pod hasłem: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. To tzw. wielki nakaz misyjny. Jezus zleca Kościołowi (czyli każdemu z nas) misję głoszenia Dobrej Nowiny. I tu wraca Jego zdanie wypowiedziane pod adresem osła: „Pan go potrzebuje”. W innym miejscu w Ewangelii możemy przeczytać, że „wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał”. Osioł też został wybrany przez Jezusa po to, żeby wjechać na nim do Jerozolimy. Jezus potrzebuje nas, żeby dotrzeć z Dobrą Nowiną do naszych rodzin, przyjaciół, współpracowników, sąsiadów… tam, gdzie sam zamierza przyjść. To jest Jego pasja. Ja mam być osłem. Mam misję, Kościół ją ma. Tak, ty też ją masz.

Papież Benedykt XVI w Orędziu na Światowe Dni Młodzieży 2013 tak o tym powiedział:

Drodzy przyjaciele, otwórzcie oczy i rozejrzyjcie się wokół siebie: wielu młodych ludzi utraciło sens życia. Idźcie! Chrystus potrzebuje także i was. Dajcie się porwać Jego miłości, bądźcie narzędziami tej ogromnej miłości, aby dotarła do wszystkich, a szczególnie do tych, „którzy są daleko”. „Narody”, do których jesteśmy posłani, to nie tylko inne kraje świata, ale także różne środowiska życia: rodziny, dzielnice, miejsca pracy lub nauki, grupy przyjaciół i miejsca wypoczynku. Radosne przesłanie Ewangelii jest przeznaczone dla wszystkich środowisk naszego życia, bez jakichkolwiek ograniczeń.(…) chciałbym was zachęcić, byście wsłuchiwali się w głębi siebie w głos Jezusa, który wzywa was do głoszenia Ewangelii. Jego serce jest otwarte na wszystkich, bez różnic, a Jego ramiona są wyciągnięte, aby dosięgnąć każdego. Bądźcie sercem i ramionami Jezusa! Idźcie świadczyć o Jego miłości, bądźcie nowymi misjonarzami, kierującymi się miłością i otwartością!”

Psalm WEZWANIA

Byłem dzisiaj na spotkaniu naszej wspólnoty neokatechumenalnej i na początku liturgii śpiewaliśmy psalm wezwania (Ps 95), w którym jako refren śpiewa się:

„JEŚLI DZIŚ USŁYSZYCIE JEGO GŁOS, NIE ZATWARDZAJCIE WASZEGO SERCA”.

Czytaliśmy też kazanie św. Grzegorza z Nazjanzu, w którym uderzają mnie słowa: „Bądźmyż więc i my uczestnikami Prawa, ale w sposób ewangeliczny, a nie według litery”. A potem św. Grzegorz zaprasza do odnalezienia się wśród postaci z Ewangelii. I wymienia przykładowo, że jeśli jesteś Szymonem Cyrenejczykiem, to zrób to, co zrobił Szymon; jeśli jesteś Józefem z Arymatei, to zrób to, co Józef; jeśli Nikodemem…

I przypomniałem sobie poprzednią liturgię, podczas której jeden z braci powiedział, że poruszyła go scena z inauguracji pontyfikatu, kiedy Papież Franciszek zatrzymał się w jednej z alejek przed bazyliką św. Piotra, wyszedł z samochodu, podszedł do niepełnosprawnego mężczyzny i ucałował go. I mówi dalej ten brat, że on pomyślał, że przecież Papież nie robi tego, żebyśmy go kochali, on to robi, żebyśmy coś zrozumieli i zmienili w swoim życiu. Nie o „ochy i achy” nad Franciszkiem chodzi, ale o to, żeby brać z niego przykład i inspirację do wprowadzania Ewangelii w swoje życie. Ale to, co powiedział za chwilę, to mnie dopiero rozłożyło na łopatki. Postanowił w odpowiedzi na to, co zobaczył w czasie inauguracji pontyfikatu, pójść do hospicjum, żeby przez 15 minut pobyć z jego mieszkańcami. I tak zrobił, dwa dni pod rząd.

To jest gość, który skumał o co chodzi i po prostu zaczął żyć tak, jak inspiruje do tego Franciszek. On dziś usłyszał głos Ducha Świętego, który przemawia do Kościoła przez osobę Franciszka. Dziś usłyszał i dziś postanowił wprowadzić to w życie. Otworzył serce i pozwolił, żeby w tym sercu wybrzmiał Głos. I poszedł za Głosem serca.

To Słowo z dzisiejszej liturgii i ten mój brat ze wspólnoty wołają do mnie: Bądź i ty uczestnikiem tego, co się dzieje. Bądź uczestnikiem na sposób ewangeliczny. Jeśli jesteś  Franciszkiem, to rób to, co robi Franciszek. Nie musisz kopiować każdego jego zachowania, ale pozwól, żeby twoje serce ogarnął ten sam Duch. Miej te same ewangeliczne postawy, entuzjazm i odwagę, aby odpowiedzieć DZIŚ na głos Ducha Świętego, który woła do twojego serca.

Psalm 95. Psalm WEZWANIA!

https://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=U_0eumLOjto