Żyj!

„Chwałą Boga jest człowiek żyjący. Tak mówił św. Ireneusz z Lyonu. Bóg ma upodobanie w życiu. Jest dawcą życia i przy każdym wypowiada to samo błogosławieństwo, o którym Księga Rodzaju mówi przy okazji stwarzania świata: „I widział, że było bardzo dobre”. On nazywa życie dobrym i to jest słowo błogosławieństwa.

Dzisiaj Jezus przedstawia się jako Droga, Prawda i Życie. Jest nie tylko dawcą życia. On jest Życiem. Jest pełny życia i pełnią życia. Niedawno w Ewangelii, Dobry Pasterz mówił, że przyszedł po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości, w pełni. To jest Jego pragnienie i plan na moje życie. Mówi mi: Żyj!

Jezus mówi, że jest Drogą, przez którą przychodzi się do Ojca. To jest pełnia życia, które chce dać każdemu z nas: życie dziecka Bożego. Ojciec dzisiaj wielokrotnie powtarzał w refrenie psalmu responsoryjnego: „Tyś moim Synem, Ja Cię dziś zrodziłem”. W Jezusie te słowa dotyczą także nas. Wielokrotnie powtarza to w moim życiu. „Jesteś Moim umiłowanym dzieckiem. Dziś cię zrodziłem”. Rodzenie, to dawanie życia. Zrodziłem cię, więc chcę, żebyś żył. Dziś.

W poniedziałek byłem u mojego chrześniaka i układaliśmy Lego Star Wars. Sześciolatek z rozpromienionymi oczami z pasją budował swój statek kosmiczny. Nie obyło się bez małego dramatu, kiedy już przy ostatnim skrzydle okazało się, że gdzieś się zgubił jeden, mały element. On wcale nie był istotny dla całej konstrukcji, ale dla Jaśka był. Chciał rezygnować z dalszego budowania, mimo, że naprawdę był już na finiszu. Przez moment radość zamieniła się w gorycz porażki. Musiałem go nieźle zmobilizować, żeby mimo brakującej części chciał kontynuować budowę. Udało się. Statek robił wrażenie. Brakująca część kompletnie nie miała znaczenia wobec całości, a i tak po chwili się znalazła. Po zbudowaniu Jasiek zapytał mamy: „Mogę jutro go rozebrać i jeszcze raz złożyć?” Dzieciak ma pasję budowania klocków Lego. To mu daje radość i satysfakcję. Realizuje się przy tym. Kiedy wyszedłem od niego, myślałem tylko o jednym: muszę mu kupić kolejny zestaw Lego Star Wars, kolejny model statku do składania. Tak, ja sam czerpię niesamowitą satysfakcję widząc go budującego z pasją. To nakręca mnie samego, daje mi radość i wyzwala chęć zakupu kolejnych klocków.

Tak samo jest ze mną, z tobą i z Panem Bogiem. On przychodzi, aby obdarować nas życiem. Nie tylko takim biologicznym, że nasz organizm funkcjonuje. Życiem, w którym jest wewnętrzny dynamizm, pasja, rozwój, radość. Dostaliśmy nasze życie, o którym On powiedział, że jest dobre. On chce widzieć jak żyjesz, jak budujesz swoje życie. To jest Jego radość. Bóg jest Stworzycielem dlatego kocha twórczość. Kocha kiedy jesteśmy twórczy w swoim życiu. On w tym odbiera chwałę. Nowe spojrzenie na oddawanie chwały Bogu. Nie tylko przez liturgię, modlitwy, nabożeństwa, itp. Chwalę Boga kiedy żyję.

Mam znajome, których pasją jest pieczenie ciast i robienie wariacji kulinarnych. Spełniają się w tym, a Bóg odbiera chwałę kiedy to robią. Moi przyjaciele z Gospel Rain mają pasję śpiewać i grać. Bóg odbiera chwałę kiedy to robią. Nie tylko dlatego, że śpiewają pieśni chwały. Swoją drogą uwielbiam patrzeć na Grześka kiedy dyryguje chórem. Dla mnie to jest żywy obraz ilustrujący słowo pasja. Bóg odbiera chwałę kiedy to robi. Mam uczniów, którzy kochają sport i realizują się w tym. Bóg odbiera chwałę kiedy to robią. Może nawet nie wiedzą, że chwalą Boga w swoim życiu. Można by tak kontynuować tę litanię chwały Bożej. Dopisz do niej coś od siebie.

Co więcej, kiedy żyjesz, rozwijasz się, żyjesz z pasją, wówczas poruszasz Jego Serce, aby dawał ci jeszcze więcej. Sam mówi: „Kto ma, temu będzie dodane”. Tego nie należy w ogóle rozpatrywać w kontekście jakiejś sprawiedliwości, logiki rozrachunku. Mój chrześniak pomógł mi to zrozumieć. Kiedy widzę jego entuzjazm i pasję do układania klocków, wówczas samoczynnie rodzi się we mnie pragnienie: dam mu więcej, kupię jeszcze. Bóg, który jest Ojcem ma tak samo. Chcąc przeżywać swoje życie w obfitości i robiąc coś w tym kierunku, pobudzasz Serce Boże do jeszcze większej hojności. Kiedy oddajesz Bogu chwałę, On odpowiada błogosławieństwem. Taki dialog. Skoro chwałą Boga jest człowiek żyjący, to człowiek żyjący będzie obfitował w błogosławieństwo.

W życiu także czasem zabraknie jakiegoś klocka. Mam swoje braki. I czasem one robią na mnie takie wrażenie, że chciałbym zostawić całe to budowanie i stwierdzić: nie, to nie jest dobra konstrukcja, nie ma sensu kontynuować, nie uda się. A Ojciec mobilizuje: dalej, dalej, nie przestawaj iść do przodu. Serio, ten brak nie jest taki ważny wobec całości. Chcę, żebyś dalej tworzył swoje życie. Też widzę, że czegoś tu brakuję, ale zobacz: jest dobre. Ja widzę, że jest dobre. Jezus, który jest Prawdą uczy mnie nowego spojrzenia na moje życie. Prawdziwego spojrzenia. Bożego. On jest Prawdą i to jak On mnie widzi jest prawdziwym obrazem mnie. A to nie zmienia się od samego początku: „Widział, że było bardzo dobre”. Szatan przychodzi z kłamstwem, bo jest ojcem kłamstwa, jest oskarżycielem. On mówi: Skup się na braku. Zobacz, że się nie udało. Nie ma sensu. Poddaj się. To nie jest dobre. Jest kłamcą. Nie wierz kłamcy. Zaufaj Temu, który jest Prawdą. Zobaczysz, że ostatecznie On zrobi tak, że wypełni i to co jest brakiem.

Pełnia pełni będzie dopiero w Niebie. O tym też mówi dzisiaj Jezus: idę przygotować wam miejsce. Mówi, że chce, żebyśmy byli z Nim na zawsze. Bo On jest Życiem, pełnią życia. Moje dziś, moje rodzenie się do życia jest moim kroczeniem ku Pełni. Tak wypełniam moje powołanie, które jest powołaniem do życia wiecznego. Żyjąc!

Wstań i chodź! Tak woła cię Pan. Z grobu swojego wyjdź, On otwiera twe oczy. Wstań i chodź! W Niebie imię twe zapisane jest. (Gospel Rain, „Wstań i chodź!”)

Posłuchaj kogoś, kto żyje pełnią, mimo wydawałoby się znaczących braków:
https://www.youtube.com/watch?v=k3MvN1xnTOQ

Przeszyty

W prefacji z uroczystości o św. Wojciechu uderzyło mnie słowo: „przeszyty”. Jedno słowo wokół którego wszystko się skupia. On fizycznie został ugodzony sześcioma włóczniami. Pasterz, który został przeszyty. Zraniony pasterz.

Taki najpierw jest On – Dobry Pasterz. Dobry Pasterz, który jest zraniony. W Litanii do Serca Jezusa jest takie wezwanie: Serce Jezusa, włócznią przebite. Nie chciał być Bogiem, którego nie dosięgną włócznie. Mógł. Mógł być bezpieczny, na dystans, ponad wszystkim, ponad każdym. Mógł być Bogiem, którego nic nie dosięgnie, nic nie zrani. Jest Wszechmogący, niezależny, jest Panem. A jednak jak mówi św. Paweł: nie skorzystał z tego i stał się człowiekiem. Ogołocił się. Zdecydował się stać jednym z nas, podatnym na zranienia. Bóg z sercem człowieka. Bóg z sercem z ciała. Płakał kiedy przeżywał śmierć swojego przyjaciela Łazarza. Irytował się, kiedy widział jak niepojęci są jego uczniowie. Wpadł w szał na widok przekupniów w świątyni. Przeżywał ból zdrady, której dokonał Jego przyjaciel. Doświadczył dramatu opuszczenia przez najbliższych. Poznał gorycz niezrozumienia, oszczerstw, fałszywego oskarżenia. Zaznał upodlenia. Był autentycznie zmiażdżony przez ludzi. Bóg. Zraniony Pasterz o Sercu przebitym. Zgorszenie dla wielu. Bóg nie do przyjęcia: stający w doświadczeniu słabości, niemocy, upokorzenia. A jednak. On, właśnie taki. Prawda o Nim – Zraniony Pasterz o Sercu przebitym. Kiedy wyznaję wiarę, to własnie w Niego, właśnie w takiego.

Wojciech mówi mi dzisiaj: każdy pasterz musi być przeszyty, musi być zraniony. Skoro Jezus jest Zranionym Pasterzem, to ja też muszę. I jestem. Są takie włócznie, które mnie przeszywają: moje słabości, moje ograniczenia, moje grzechy, z którymi sobie nie radzę, moje zranienia, które są niezagojone, moje zniewolenia, z których nie potrafię na dzisiaj wyjść… Wojciech miał w swoim ciele sześć włóczni. Ja nie liczę ile tkwi we mnie, ale są. Bardzo realne. Czuję je. I dzisiaj odkrywam, że to nie jest dramat. Więcej, odkrywam, że mogę powiedzieć za św. Pawłem: „Za wszystko dziękujcie”. Dziękuję za moje włócznie. Dziękuję za to, że one nieustanie otwierają moje serce. Pokazują mi, że skoro utkwiły we nim, to nie może to być serce z kamienia. Od serca z kamienia odbiłyby się. Skoro utkwiły, to znaczy, ze trafiły w serce z ciała. A przecież takiego serca chce dla mnie Bóg. O takie serce dla każdego z nas modli się prorok Ezechiel: zabierz Panie serce z kamienia, a daj serce z ciała. Daj serce, w które będzie podatne, narażone na przeszycie włócznią. Zresztą nie tylko Ezechiel się o to modli. Kościół się o to modli za każdym razem w Litanii do Serca Jezusa. W jednym z wezwań mówi właśnie to: Serce Jezusa włócznią przebite. A na końcu mówi: Uczyń serca nasze według Serca Twego. Tak, modlimy się o to, żebyśmy mieli serca przebite, zranione. Bo takie serce może współczuć. Może wespół odczuwać, razem z drugim – tym, który ma serce zranione. Takie serce jest ciągłym żebrakiem miłości. Jest ciągle ubogie. Jest ciągle zależne. Ale przez to uczy się widzieć drugiego w jego ubóstwie, zależności, nędzy. Widzieć i nie potępiać. Nie stawać ponad, ale obok, wespół. Dopóki nie usłyszę wołania mojego serca – prawdziwego wołania w głębi serca zranionego, dotąd nie usłyszę wołania serca drugiego człowieka, nie będę go rozumiał. Nie będę miał serca na według Jego Serca – zranionego Serca.

To jest jakieś szaleństwo, tak się modlić, ale dzisiaj modlę się patrząc na św. Wojciecha, o serce zawsze przeszyte włócznią, zawsze zranione. Dzisiaj mam wdzięczność za te włócznie, które upodabniają mnie do wszystkich moich braci i sióstr zranionych. Jestem jednym z nich. W moim doświadczeniu przeszycia. Nie chcę być ponad. Jezus nie chciał. Chciał być zraniony, aby być nie tylko Bogiem, ale i Bratem dla nas. Chcę być pasterzem, który jest bratem. Chcę współodczuwać z moimi braćmi. A do tego potrzebne mi są włócznie, które mnie przeszywają. Jego Serce zostało otworzone włócznią. Mam nadzieję, że moje włócznie też otworzą moje serce.

Dobry Pasterzu o Sercu włócznią przebitym, uczyń serce moje według Serca Twego!

Dzieło

Oni zaś rzekli do Niego: „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?”

To pytanie padło w Ewangelii na początku tego tygodnia. To jest dobre pytanie na początek, na każdy początek. Uświadamiam sobie, że zbyt rzadko je stawiam. A przecież to jest treść mojego powołania – wykonywać dzieła Boże. Robię różne rzeczy, czasami dużo robię, i wydaje mi się, że to są dobre dzieła. Ale to pytanie nie daje mi spokoju: czy wykonuję dzieła Boże? Bóg nie chce, żebym robił dużo i coraz więcej. On chce, żebym spełniał Jego wolę.

Jezus daje następującą odpowiedź na tak postawione pytanie: „Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał”. Pierwszym i najważniejszym dziełem jakie mam do wykonania, to moja wiara. Żywa wiara. Taka, która nie będzie deklaracją, nie wyznaniem prawdy wiary, ale postawą obejmującą całe moje życie, odpowiedzią na głos Tego, którego spotkałem jako Zmartwychwstałego. Taka, która jest wyruszeniem w nieznane i pozwoleniem, aby On prowadził mnie swoimi ścieżkami. „Cóż byście za pożytek odnieśli, gdybyście cały świat zdobyli, a na duszy ponieśli stratę?” Pewne dzieło zamierzone przez Boga: abym miał z Nim żywą relację. Fundament wszelkich innych dzieł.

Nie jestem mnichem zamkniętym w swojej celi. Żyję w świecie i podejmuję się różnych dzieł. Dlatego wiem, że to pytanie musi wracać często. Muszę na modlitwie nabierać tego przekonania, które miał Jezus. On mówi jasno: „Z nieba zstąpiłem nie po to, aby czynić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał”. Po co ja zostałem księdzem? Po co chcę nim dalej być w trzecim roku kapłaństwa? Słowa Jezusa uświadamiają mi, że moja odpowiedź musi upodabniać się Jego odpowiedzi. To nie zawsze jest takie oczywiste, ale w sercu chcę, aby to była także moja odpowiedź: aby czynić wolę Tego, który mnie posłał. Czasem może ona dotyczyć czegoś bardzo drobnego, niepozornego, czegoś, co wydaje się niczym wobec jakichś innych wielkich dzieł. Ale to właśnie w tej małe sprawie jest dzieło Boże zamierzone dla mnie, tu odnajdę i zrealizuję Jego wolę. Tu zrobię mój osobisty krok ku świętości.

Świadomość pełnienia dzieł Bożych jest dla mnie motorem napędowym. To jest siła, która  popycha mnie do przodu, motywuje do pokonywania przeszkód, do zmagania się z samym sobą. W ostatnich dniach Dzieje Apostolskie pokazują nam Kościół w Jerozolimie, który doświadcza prześladowania. Słyszymy o tym, że wszyscy rozproszyli się w różne strony. Tylko Apostołowie zostali na miejscu. Co im dawało siłę i determinację, żeby nie uciec, żeby narażać swoje życie? Świadomość dzieła Bożego, które mieli do wykonania. Bóg chciał ich w tym czasie właśnie tam. Liczyło się wypełnienie woli Bożej. Nawet kosztem własnego życia. Kiedy wykonuję dzieła Boże, pełnię Jego wolę, wówczas mam siłę, aby walczyć z tym, co mnie prześladuje: z zewnętrznymi przeciwnościami, ale i z moimi własnymi słabościami.

Reszta się rozproszyła. Kiedy nie pełnię woli Bożej, kiedy nie wykonuję dzieła Bożego, wówczas ulegam rozproszeniu. Rozmieniam się na drobne, miotam się. Pochłaniają mnie jakieś małostki. Karły problemów stają się olbrzymami, a ja sam karłowacieję. Świadomość dzieł Bożych, które mam do wykonania, konieczność wypełnienia woli Bożej stawia mnie do pionu, integruje wewnętrznie, przywraca do życia.

Czasem jestem stawiany wobec próby, jak Jezus, którego pytali: „Jakiego dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz?” Są takie momenty, kiedy wykonywanie dzieła Bożego jest poddawane próbie. Czasami ta wątpliwość przychodzi z zewnątrz. Czasami rodzi się we mnie. Szczególnie wobec doświadczenia pozornej porażki, kiedy coś nie idzie tak, jakbym zakładał, albo jak ktoś by tego oczekiwał. Wówczas ja sam mogę ulegać zniechęceniu i pokusie wołania: niech mnie coś teraz przekona, że to jest właśnie to, że to jest dzieło Boże. Czasami to jest wielka pokusa, żeby coś zdziałać. Jak zdziałam, to udowodnię sobie i innym. Ale Jezus udzielając odpowiedzi na to pytanie mówi o wierze w Niego. Wcale nie wykazuje się przed pytającymi. Wzywa ich do wiary. I to jest podpowiedź dla mnie. Prędzej czy później przyjdzie taki czas, kiedy dzieła, które pełnię zostaną poddane próbie. Ale jeśli rozpoznałem je na modlitwie przed Panem, jako dzieła Boże, to wówczas pozostaje mi wiara, która będzie mówiła mi, abym szedł dalej tą drogą, nawet jeśli w danym momencie nie mogę nic zdziałać, aby wykazać się przed innymi i przed samym sobą.

Myślę w tym kontekście także o zadaniu ojcostwa duchowego. Moim zadaniem jest przekazać wiarę i prowadzić tych, za których jestem odpowiedzialny do tego, aby  rozpoznali dzieła Boże, które Bóg przewidział dla nich. Jest szalenie ważne, aby weszli w dzieła Boże, bo wówczas wejdą w pełnię życia. Tylko wówczas ich życie będzie drogą do świętości. A o to mi chodzi.

Jest niesamowita pieśń neokatechumenalna, która opowiada moment ofiary Abrahama, który ma złożyć w ofierze swojego umiłowanego syna – Izaaka. Abraham zostaje poddany próbie wiary. Musi dokonać wyboru między wolą Bożą a swoją ojcowską miłością. To musiało być masakryczne doświadczenie dla ojcowskiego serca Abrahama. Wybrał jednak dzieło Boże. Wygrał w ten sposób życie Izaaka. Ta pieśń pokazuje to wydarzenie od strony syna. Syna, który dostał od swego ojca najważniejszy dar – wiarę. Izaak woła: zwiąż mnie, ojcze mój Abrahamie, zwiąż mnie mocniej, abym się nie opierał. To jest sukces ojcostwa Abrahama. Syn, który chce wejść w dzieło Boże. Syn, który jest gotowy dać swoje życie, aby wypełniła się wola Boża. To jest miara ojcostwa duchowego: dzieci, które żyje wiarą i pełnią dzieła Boże.

Tę pieśń z pozdrowieniami dedykuję Konradowi.

https://www.youtube.com/watch?v=v8bWKvJXddE

Sieci

Modlę się ostatnio o to, żebym został świętym. Wiem, że wielu czytając to może się tylko uśmiechnąć, popukać w głowę, albo nawet oburzyć: Ty, świętym… Tak, ja. Dla ludzi to niemożliwe, ale dla Boga nie ma nic niemożliwego. Powiedziałem o tym Jezusowi. Powiedział mi, że jest to możliwe. On może tak poprowadzić moją historię życia, że jest to możliwe. Powiedział mi tylko, że muszę więc odtąd być gotowym wchodzić w to, co On przygotuje. On poprowadzi moją historię. Moim zadaniem jest wejść w Jego plan na moją świętość.

To samo odnajduję w dzisiejszej Ewangelii, kiedy Jezus mówi Piotrowi, że przyjdzie taki czas, że on wyciągnie ręce, a Pan go przepasze i poprowadzi dokąd on nie chce iść. Piotr był oporny tak samo jak ja w drodze do świętości. Jezus wie, że nie bardzo chcemy iść tymi drogami, które On wyznacza. Ciągle gdzieś zbaczamy, idziemy po swojemu, szlakiem własnych słabości, grzechów, swoich planów, niedoskonałości, błędów. On jest tego świadomy, ale zapewnia, że tak poprowadzi historię, że jeśli wyciągnę ręce i dam się przepasać jak Piotr, to On zrobi z tego drogę do świętości.

Ta droga rozpoczyna się dzisiaj od pytania, które stawia Jezus: Czy mnie kochasz? Czy kochasz mnie bardziej? Nie, wcale nie chodzi o bycie lepszym czy gorszym od innych. Chodzi o to, czy ja chcę bardziej. Widząc wielką miłość innych do Boga i widząc małą miłość innych do Boga. Widząc, że są lepsi ode mnie, i gorsi ode mnie. Ale czy niezależnie jacy są inny, czy ja chcę bardziej, czy ja chcę więcej kochać Go? To jest właśnie pytanie o to czy chcę być świętym. Czy chcę kochać więcej. To jest jedyna droga do świętości. Jezus nie pyta się mnie, czy chcę się więcej modlić, czy chcę być lepszym niż jestem. Pyta się mnie czy moje serce chce bardziej kochać.

Ale nawet w tym pytaniu wie kogo pyta. On zna moje serce, tak jak znał serce Piotra. Najpierw pyta o miłość z wysokiej półki. Ale widzi serce Piotra, mimo, że ten deklaruje: Tak, kocham. Widzi, że to jest dla niego zbyt wysoki poziom. Za trzecim razem pyta już o miłość, która jest na poziomie możliwości Piotra. Może właśnie dlatego i Piotr się skapował, że Jezus przenika jego serce i wie na co go stać, a na co go nie stać. Mówi więc: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cie kocham. Tak, Jezus wie wszystko o moim sercu, o mnie. Wie na co mnie dzisiaj stać, a na co mnie nie stać (może jeszcze nie). Pyta się o miłość na tym poziomie na jakim ja dzisiaj jestem. To jest punkt startowy. Tu się wszystko zaczyna. On poprowadzi dalej.

Jezus patrzy na moje serce i widzi, że ono jest jak sieci Piotra. Widzi moje zarzucanie sieci, które i tak przynosi mizerny efekt. Sieci są puste. On się mnie pyta czy nie mam nic do jedzenia, a ja jak Piotr muszę zgodnie z prawdą odpowiedzieć: Nie. Ja nie mam. Moje sieci są puste. Zarzucam, ale wciąż doświadczam tego, że wyciągam puste. Ale dzisiaj mówi mi: zarzuć jeszcze raz. Jaki sens ma kolejne zarzucanie wobec doświadczenia tylu porażek, tylu rozczarowań? Dzisiejsza Ewangelia pokazuje, że nie wiem kiedy wyciągnę pełną sieć. On mówi: zarzuć!  Mimo twoich dotychczasowych doświadczeń, zarzuć sieci na nowo. To On napełnił sieci Piotra. Z pustych uczynił je tak pełnymi, że ledwo wytrzymały. To jest dla mnie nadzieja. On może uczynić moje sieci pełnymi. Wczoraj były puste, dzisiaj są puste, jutro będą puste. Ale przyjdzie ten czas, że On powie: zarzuć jeszcze raz i to będzie własnie ten raz.

Patrzę na historie różnych świętych i widzę zwykłych ludzi, zarzucających swe sieci tak samo jak ja, jak Piotr, jak wielu innych. Ludzie doświadczający swoich słabości, zagmatwanych historii życia, grzesznicy, bohaterowie, ale ludzie, którzy dali się przepasać i poprowadzić Panu. Ludzie, którzy zarzucili sieć na Jego słowo i doświadczyli pełni. Czasem to była tylko jedna chwila, jedna decyzja, jedno wydarzenie, które zdecydowało o tym, że zostali świętymi. Ale Bóg przygotowywał to przez całe ich życie licząc, że właśnie w tym momencie odpowiedzą na wezwanie.

Moja ulubiona pieśń neokatechumenalna mówi właśnie o drodze do świętości. Mówi o tym, że „byli zwykłymi ludźmi, jak ja, jak ty. Zarzucali swe sieci w jezioro, a wśród nich nie było żadnego uczonego. Mieli serce w piersi, jak ja, jak ty, które ręka lodowata ściskała. Mieli oczy wypłakane od łez i oblicze szare z gorączki i strachu”. Refren mówi o tym, że cała tajemnica świętości leży w czekaniu i gotowości odpowiedzi na Boży czas wyznaczony każdemu z nas, czas świętości:

Jeśli słyszysz jakiś podmuch z nieba
Jakiś wicher, który trzesie drzwiami
posłuchaj, to jest głos, który woła,
wezwanie, by pójść daleko.
To jest płomień, który powstaje
w tym, który czeka,
w tym, który żywi
nadzieję miłości.

https://www.youtube.com/watch?v=3EjIUOPFjU8

Cristeros

Cristeros to meksykanie z początku XX wieku: mężczyźni i kobiety, ojcowie, matki, kapłani, którzy nie zgodzili się na usunięcie z ich życia wiary. Cristeros to ci, którzy powstali i stanęli do walki. Cristeros to ci, którzy jak Piotr i Apostołowie powiedzieli wobec  przywódców: „Trzeba nam bardziej słuchać Boga niż ludzi”.

Bohaterowie, którzy w większości byli prostymi chłopami, wiejskimi proboszczami. Ich codzienność była zwykła, może nawet nudna. Ale przyszedł czas, kiedy okazało się, że pod prostymi meksykańskimi ponczo kryły się prawdziwe serca wojowników. Ludzie, którzy nie mieli szans wobec sił rządowych nie patrzyli na szansy, ale robili to, co dyktowały im serca, i wiara. Zostali wierni Jezusowi. Wieszano ich za to, rozstrzeliwano, torturowano. A oni dalej powtarzali swoim życiem: „Trzeba nam bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Powtarzali to w zawołaniu Cristeros: „Viva Cristo Rey!” (Niech żyje Chrystus Król!) Byli zdeterminowani. Byli gotowi oddać życie, bo wiedzieli, że bez tego oddadzą coś nieporównywalnie ważniejszego.

Ostatnio obejrzałem film „Cristiada” mówiący o tych wydarzeniach, pokazujący historię niektórych ludzi z tamtych czasów. Był wśród nich 14-letni chłopak Jose Sanchez del Rio. Młody urwis, który kiedyś z kolegą rzucał owocami w starszego księdza. Przyłapany przez ojca miał odbyć karę u księdza. Ale starszy kapłan zamiast ukarać go, zaproponował mu, aby został ministrantem. Ten 14-latek przyłączył się do powstania Cristeros, został jednym z nich. Podczas jednej z bitew odstąpił swojego konia jednemu z generałów powstania. Został schwytany. Poddano go wyszukanym torturom: odarto mu skórę ze stóp i kazano chodzić po soli, a następnie przez całe miasto musiał przejść na cmentarz, gdzie miała dokonać się egzekucja. Wielokrotnie pytano się go, czy wyrzeknie się Chrystusa, a wówczas ocali życie. Do końca, nawet przebijany bagnetem, powtarzał: „Viva Cristo Rey!”. Młody urwis, który oddał życie za wierność Chrystusowi. Został ogłoszony błogosławionym przez Benedykta XVI.

Niesamowite ujęcie twarzy młodego chłopaka, w momencie, kiedy dostaję propozycję bycia ministrantem. To jest to, co warto robić. Zaryzykować wobec drugiego człowieka i zaproponować mu coś, co nawet dla niego będzie zaskoczeniem. Podać mu rękę, podnieść i przygarnąć, żeby wydobyć z niego to, co w nim najlepsze. Tak robił Jezus. Tak zrobił stary ksiądz wobec młodego Jose. Tak się zaczęła droga wiary przyszłego męczennika i błogosławionego. Nigdy nie wiemy jaki będzie finał niepozornych wydarzeń. Nigdy nie wiemy jak Bóg poprowadzi historię danego człowieka. Wielkie rzeczy zaczynają się często od bardzo drobnych, niepozornych wydarzeń i decyzji.

Jest też postać generała Enrique Gorostiety. Zdolny strateg i utytułowany dowódca, który w wyniku perypetii historycznych przestaje służyć w wojsku i zajmuje się własnym biznesem – produkuje perfumy. Był zdeklarowanym ateistą, choć miał wierzącą żonę. Któregoś dnia ludzie walczący o wolność wiary przychodzą z propozycją, by objął dowodzenie nad powstańcami. To jest zaskoczenie dla generała, ponieważ jest ateistą. Ale bardzo cenił sobie wolność, wolność wyznawania wartości. Miał serce wojownika. I trafiła mu się okazja by walczyć. Jak sam pisał w jednym z listów: „Generał meksykańskiej armii produkujący perfumy dla pań. Co za wstyd! Co za wstyd!” Jest też ważny dialog z żoną, kiedy dzieli się z nią wątpliwościami o to, czy podjąć to wyzwanie. Ona mówi mu, że może się tak stać, że walcząc o to, w co dzisiaj nie wierzy, może uwierzyć. To były słowa prorocze. Podjął się walki. Z własnych pobudek. Ale Bóg przygotował dla niego drogę. Któregoś dnia młody Jose trafił do jego obozu, żeby zaciągnąć się do Cristeros. Zrobił niesamowite wrażenie na generale, ze wzajemnością. Zrodziła się między nimi relacja. Generał pokochał Jose jak syna. Śmierć Jose jest najdramatyczniejszym wydarzeniem dla niego, a zarazem przełomowym. W sercu rodzi się bunt i pytanie o to, jaki musi to być Bóg, skoro pozwala na śmierć takiego młodego chłopaka. Ale bardzo szybko ta śmierć rodzi w nim coś niespodziewanego. Wpada w zasadzkę, i stając w obliczu zbliżającej się śmierci przystępuje do spowiedzi. Ginie, ale wygrywa najważniejszą bitwę swojego życia, bitwę o swoje serce.

Gorostieta to dla mnie wezwanie do ryzyka. Jestem zaproszony by dołączyć do walki. Moim powołaniem nie jest „robienie perfum dla pań”. Muszę dołączyć do Cristeros, do tych, którzy walczą w obronie wolności wiary. Ta walka toczy się przede wszystkim we mnie samym. I bywa, że nie jestem do niej entuzjastycznie nastawiony, podobnie jak Gorostieta. Ale często walcząc o to, do czego początkowo nie jestem przekonany, dopiero wtedy przekonuję się do tego. Bez mojej zgody na wejście do walki Bóg nie poprowadzi mnie do zwycięstwa. Ale wchodzę w to. A On stawia na mojej drodze ludzi, tak jestem przekonany, że są pośród nich przyszli święci, którzy wpływają na moje życie, przybliżają mnie do zwycięstwa. On posługuję się różnymi wydarzeniami, nawet dramatycznymi, żeby wyprowadzić z tego ostateczne zwycięstwo.

I jest trzecia postać – ksiądz Jose Vega, który przyłącza się do powstania Cristeros. Chwyta za broń i staje na czele oddziałów powstańczych. Walczy. Ale w jednym z dialogów z generałem Gorostietą mówi coś bardzo ważnego: Zawsze najpierw jestem księdzem, modlę się, spowiadam, sprawuję Eucharystię. Jest na pewno kontrowersyjną postacią. Ksiądz z karabinem walczący jako powstaniec. Początkowo patrzyłem na niego tylko przez ten pryzmat. Ale niedawno wrócił do mnie w nowym świetle. W świetle tego co powiedział. Tak, był pośród powstańców jako ksiądz: spowiadał ich, sprawował im codziennie Eucharystię, błogosławił Najświętszym Sakramentem. A potem szedł z nimi ramie w ramię do boju. Różnie można oceniać jego zaangażowanie. Ksiądz o sercu wojownika. Być może popełnił błąd angażując się w ten sposób. Zaryzykował i poszedł za głosem serca. Ale zachował do końca świadomość, co jest pierwsze w jego życiu, kim jest najpierw.

Mam serce wojownika. Niejednokrotnie robiłem rzeczy, o których inni powiedzieli, że chyba mi nie wypada. Robiłem to mając świadomość kim jestem i co jest pierwsze. Czasem to budzi kontrowersje. Czasem popełniam błędy. Ale będąc księdzem mam jednocześnie serce wojownika. To nie jest poukładane serce. Ale to jest serce, które sprawia, że czuję, że żyję pełnią kapłaństwa. Jestem pośród ludzi. Moim pragnieniem jest iść z nimi ramię w ramię. Iść jako ksiądz. Iść jako wojownik. Aby ostatecznie zawołać: „Viva Cristo Rey!”

Ryzyko

Czytam w dzisiejszej Ewangelii, że „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał”. Zadaje sobie pytanie, czy ja to w ogóle kumam, że Bóg UMIŁOWAŁ, i to nie jakoś umiłował, ale TAK UMIŁOWAŁ, że dał nam swojego Syna. Dał Go. Św. Paweł do Filipian napisze, że Jezus stał się sługą/niewolnikiem. Bóg tak umiłował świat, że dał nam swojego Syna jako niewolnika. Mówi: macie Go do dyspozycji, jest dla was. On pierwszy zaryzykował. Zrobił to na poważnie, na serio dał nam siebie jako niewolnik. Podjął ryzyko, wiedząc, że daje się tylko słabym ludziom, grzesznikom. My tego kompletnie nie rozumiemy, jak Żydzi. Wydaje mi się, że my nie do końca jesteśmy chrześcijanami. Bo nie przyjmujemy tego, co Bóg dla nas robi. Nasze schematy mówią nam: nie, tak nie wypada. Nie, Bóg musi być inny, świętszy, poważniejszy, dalszy, bardziej szanowany. Jesteśmy jak Piotr podczas Ostatniej Wieczerzy, który jest zgorszony, że Jezus chce stać się jego niewolnikiem i umywać mu nogi. O nie, nigdy nie będziesz mi nóg umywał. Ty u moich stóp? Tak być nie może! A On dzisiaj mówi jasno: właśnie TAK UMIŁOWAŁ. Nie da się tego zrozumieć bez spojrzenia na całość przez pryzmat umiłowania. Dlatego odpowiada Piotrowi: Jeśli mi nie pozwolisz na Moją miłość wobec ciebie, taką jaką ona właśnie jest, taką jaką przewidział Mój Ojciec i jaką Ja chce ci okazać, to nie będziesz miał udziału ze mną. Będę dla ciebie Mistrzem, będziesz Mnie szanował, ale nie będziesz miał udziału w tym, co jest najważniejsze, w tym, co chcę ci dać- w miłości.

Bóg nie posłał Go, żeby świat potępił. On nie przyszedł mnie potępić. On przyszedł zbawić. Całe Jego pragnienie: żeby uwierzyli we Mnie i byli zbawieni. Dzisiaj nie mówi o całym stosie przepisów. Mówi, żeby w Niego uwierzyć. W NIEGO. On jest Drogą, Prawdą i Życiem. Nikt i nic więcej. Nikt i nic więcej nie zapewnia zbawienia. Tylko On. I On ma pragnienie zbawienia mnie, ciebie, wszystkich. Pragnienie. To nie jest jakaś tam chęć. To jest coś co wewnętrznie trawi, uwiera, coś co nie daje spokoju. To jest ten Jego krzyk z Krzyża: „Pragnę!”. Czuje ogromne niezaspokojenie, wciąż pragnie, wciąż jest Mu mało. On chce więcej i więcej. Więcej dotkniętych Jego Miłością. Więcej pociągniętych do Niego. Więcej mających żywą wiarę. Więcej idących Drogą zbawienia.

A na koniec zadaje mi pytanie: Co bardziej umiłowałem? Światło i życie w świetle, czy cień i życie w mroku? Życie w świetle to nie jest życie bez skazy, to jest to jak tłumaczy dalej Jezus – życie w prawdzie. Czy ja mam odwagę stanąć i powiedzieć jak myślę, jak czuję, czy jestem gotowy, że ktoś będzie wykazywał mi błędy, że pokarze mi, że na mojej sutannie są plamy? Ale czy mam w sobie to przekonanie, że moje uczynki są dokonane w Bogu i mimo to wyjdę na światło. Świadomy swojej niedoskonałości, która się objawi. Czy będę siedział po kątach, w półmroku. Niby trochę w świetle, ale trochę schowany. Żeby zachować twarz, żeby nikt nie krzyknął w moją stronę brzydkiego słowa, żeby nikt mnie nie skrytykował. Czy chcę wychodzić na światło? Trzeba się wychylić. Nawet więcej, pójść na całość. Taki jaki jestem. Stanąć w świetle. On jest Światłem, które w ciemności świeci i ciemność Go nie ogarnęła.

Ryzyko. Wydaje mi się, że to jest klucz, żeby wyjść z cienia do światła. Musisz zaryzykować. Nawet zaryzykować popełnić błąd. Ale pamiętając to, co na początku, że On nie przyszedł potępić. Nie czai się na Ciebie, żeby złapać Cie na błędzie. Podejmij ryzyko, bo tylko wtedy masz szansę stanąć w końcu w pełni Światła. I pamiętaj też: On zaryzykował pierwszy.

Herezja

Ponoć dotykanie Jezusa w monstrancji jest nieliturgiczne. Nie można Go ponoć także pocałować, bo to nieliturgiczne. Tak się dowiedziałem po Wieczorze Niewierzących, który zorganizowaliśmy w Niedzielę Miłosierdzia. Tam właśnie jak Tomasz Apostoł mówiliśmy: musimy Cię, Jezu, dotknąć. Potrzebujemy Cię doświadczyć, żeby się przekonać, że zmartwychwstałeś. Więc w trakcie uwielbienia modliliśmy się tak, że ludzie mogli podchodzić, ja trzymałem monstrancję z Jezusem, a oni mogli Go dotknąć, przytulić, niektórzy całowali. Ale ponoć robiliśmy to nieliturgicznie i w tym jest problem. Nie wolno tak.

Zacznę od świadectwa:

„Wczoraj trafiłem na spotkanie w parafii Matki Bożej Różańcowej w Puławach. Muszę przyznać, że sam tytuł spotkania był prawdziwym wyzwaniem. „Spotkanie dla niewierzących”- no jak to? Przecież ja wierzę… Ale jednak czułem, że chcę i muszę tam być. Ewangelia o niewiernym Tomaszu to pierwszy strzał jaki dostałem tego wieczoru. Łatwo jest uznać, że wierzę w Boga i wszystko jest ok, ale trochę trudniej stanąć w prawdzie, że jest się takim niewiernym Tomaszem do potęgi- takim, który pomimo tego, że Bóg działa w jego życiu to chciałby wkładać swoje ciekawskie ręce w Jego rany niemal codziennie, bo tak łatwo zapomina o wszystkich łaskach jakie otrzymał. Ksiądz prowadzący to spotkanie powiedział (nawiązując do słów siostry Faustyny), że Bogu najbardziej podobają się Ci, którzy mu ufają i wiele żądają. Ok Panie Boże, nie ma sprawy. Żądać to ja akurat umiem. Z ufaniem trochę gorzej, ale spróbuję. Ksiądz wyszedł z Najświętszym Sakramentem w monstrancji do ludzi. Każdy mógł podejść, dotknąć, porozmawiać, otrzymać błogosławieństwo. Nigdy czegoś takiego nie robiłem. Klęczałem i patrzyłem na tych, którzy podchodzili a w międzyczasie układałem sobie w głowie co ja powiem Panu Jezusowi, o co poproszę, czego zażądam. Coraz więcej osób korzystało z możliwości tego intymnego spotkania z Bogiem, a mi było trudno wstać i podejść. Jakiś taki nieracjonalny lęk. W końcu przełamałem się. Podszedłem i przytuliłem Pana Jezusa do swojego serca. Dosłownie. Nie wiem ile czasu tam stałem, nie wiem ile to trwało. Wiem tylko, że wszystko co sobie ułożyłem w głowie, wszystko co chciałem powiedzieć Bogu przepadło. Stałem tam i było mi dobrze, mimo tego, że moje ręce i nogi drżały, a serce waliło mi tak jakby miało wyskoczyć z klatki piersiowej było mi bardzo dobrze. I czułem, że nie jestem sam. Tyle chciałem Panu Bogu powiedzieć, tak wiele chciałem żądać- wszystko było zaplanowane. A kiedy stanąłem przed Nim jedyne co byłem w stanie pomyśleć to „Jesteś tu, bądź ze mną zawsze!” Chwała Panu, za to, że daje nam się spotkać mimo tego, że tak często zapominamy o tym, że On jest wśród nas wcale nie mniej niż wtedy gdy chodził po świecie z apostołami. Chwała Panu za takie spotkania jak to wczoraj (i wszystkie inne)- bo dzięki nim jest szansa iść dłużej właściwą ścieżką przez
swoje życie w tym świecie pełnym fałszywych drogowskazów. „

Widziałem pod koniec tego spotkania twarze tych ludzi. Spytałem się ich głośno: czy Jezus żyje, czy prawdziwie zmartwychwstał? Powiedzieli, że tak. Widać było po nich, że tak. Dostali doświadczenie Żywego Boga. Jeśli to jest nieliturgiczne, to ja nie wiem czemu i komu mają służyć przepisy liturgiczne. Na straży czego stoją?

Jezus, który nie chciał być na równi z Bogiem, ale ogołocił samego siebie i stał się człowiekiem i przyjął postać sługi – tak mówi św. Paweł w Liście do Filipian. Jezus, który mówi w Ewangelii: przyjdźcie do Mnie wszyscy. Jezus, który kocha dotykać ludzi. Jezus, który w Ewangelii szukał kontaktu fizycznego z ludźmi. Jezus, który mówi Tomaszowi: dotknij się. Czy po to stał się człowiekiem, żeby być oddzielonym od ludzi? Czy Ewangelia Ewangelią, a życie życiem? Czy tam Jezus mówi dotknij się prawdziwie, a tu mówi na niby? Nie wolno się dotykać ludziom Jezusa, bo On tego nie chce, czy bo my, księża, tego nie chcemy, bo nie chcą tego przepisy liturgiczne? Czy nie jesteśmy faryzeuszami, którzy byli zgorszeni, że prostytutka daje Jezusowi pocałunek, że ociera Mu nogi włosami? Faryzeuszami, którzy są zgorszeni, że Jezus łamie przepisy szabatu i uzdrawia w szabat. Faryzeuszami, którzy są zgorszeni, że zbliżali się do Niego celnicy i grzesznicy, a On był pośród nich jak jeden z nich. Jesteśmy uczonymi w Piśmie, strażnikami przepisów, Nie ma w nas życia. Więc nie dajemy ludziom życia. Patrzymy na statystyki, liczymy communicantes i dominicantes i mówimy: jeszcze 30%, jeszcze tyle procent. Ale nie mówimy aż 70% poza. Nie pytamy dlaczego poza. Może nie otrzymali tego, co powinni otrzymać? Może to w nas jest problem. Jesteśmy stróżami cmentarza, który powoli wypełnia się trupami, zamiast być świadkami Zmartwychwstałego, którzy w mocy Ducha rodzą nowych uczniów, prowadzą ludzi do Niego i budują Żywy Kościół. Nie wykończy nas Palikot, ani żadna siła z zewnątrz. To my będziemy winni pustych kościołów, bo nie rodzimy nowych uczniów. Jesteśmy bezpłodni duchowo. To nam dano talent, i to my go zakopujemy, i to my usłyszymy kiedyś: Słudzy źli i gnuśni.

W trakcie Wieczoru Niewierzących dostaliśmy takie Słowo prorocze, z Ewangelii Łukasza: „Zbliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać.  Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: <<Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi>>.  Opowiedział im wtedy następującą przypowieść:  <<Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie?  A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: „Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła”. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.” Prorocze.

Nie wiem, czy oglądaliście film „Ja jestem”, właśnie o Eucharystii i zwróciliście uwagę na Rwandę, jak polski pallotyn chodzi z Jezusem w monstrancji i dotyka tak ludzi, oni się Go dotykają. Tam wiara jest żywa. Kościół kwitnie, jest wiosna. My w Europie, w Polsce, kochamy dyskutować, radzić, co tu robić, tworzyć bzdurne programy duszpasterskie, a oni kochają się modlić w sposób żywy, spontaniczny, autentyczny i doświadczać obecności Jezusa. Oni mogą dotykać i Jezus chce przez to działać. U nas nie wolno, bo to nieliturgiczne. My mamy pustoszejące kościoły, oni mają pełne.

Nie spotkaliśmy się w niedzielę wieczorem, żeby profanować Eucharystię. Spotkaliśmy się, żeby doświadczyć Jego żywej Miłości, doświadczyć Jego Żywego. Jeśli ludzie ucałowali Jezusa w Eucharystii, to znaczy, że oddali Mu największy gest miłości, bo całuje się kogoś kogo się kocha. Jeśli można całować relikwie świętych, można całować krzyż w Wielki Piątek, to czy nie można ucałować Żywego Boga w Najświętszym Sakramencie? Nas w stułę ludzie całują i mówimy: to wyraz szacunku, to dobrze świadczy o takim człowieku. Ale zabraniamy ludziom pocałować Jego – Żywego. A On chciał być całowany w Ewangelii. Dzisiaj też chce. Chciał być dotykany w Ewangelii. Dzisiaj też chce. Nie chronimy Jego. Nie chronimy Jego czci, bo On doznaje czci, kiedy dostaje pocałunek. Chronimy nasze schematy, nasze lęki, naszą niewiarę. Chronimy to za fasadą takich stwierdzeń jak: to nieliturgiczne.

Poszukałem w mądrych artykułach na temat liturgii i przeczytałem, że „Liturgia jest światem świętych widzialnych znaków, przez które dokonują się rzeczy niewidzialne i możliwe jest spotkanie Boga z człowiekiem pod ich osłoną. Celem liturgii jest chwała Boga i uświęcenie człowieka. Jedno i drugie z wyboru Bożego dokonuje się w Kościele – wspólnocie. Uświęcenie w liturgii każdego chrześcijanina pociąga za sobą wzrost świętości Kościoła”. Wieczór Niewierzących był więc jak najbardziej liturgiczny.

Na szczęście Jezus też przez współczesnych strażników praworządności obrzędowej był uznany za heretyka i wielokrotnie chcieli go kamienować. Uczeń nie może być nad Mistrza. 😀

Razem

„A ukazał się w ten sposób: Byli razem…” 

Piotr idzie łowić ryby, a oni mówią: „Idziemy i my z tobą”. Mój wzrok tym razem zatrzymuje się w tym miejscu. „Idziemy i my z tobą”. Wspólnota braci. Byli różni. Ich historie były różne, ich charaktery, ale On sprawił, że ich drogi się zeszły. On uczynił ich braćmi. Do każdego z nich powiedział: „Pójdź za Mną”, dlatego teraz mogą powiedzieć jeden do drugiego: „Idziemy i my z tobą”. Pójście za Nim sprawia, że idą ze sobą. Razem.

Razem robią proste rzeczy, razem spędzają swoją codzienność, np. łowią ryby, jedzą. Razem są pogrążeni w smutku po śmierci Jezusa. Razem są pozamykani w Wieczerniku i przeżywają lęk, zmagają się z przerastającą ich rzeczywistością. Razem dyskutują o spotkaniach ze Zmartwychwstałym. Razem się modlą, wielbią Boga. Razem zostają napełnieni Duchem.

„Gdzie dwóch albo trzech zgromadzonych jest w imię Moje, tam i Ja jestem”. Taką obietnicę dał Jezus. I jestem przekonany, że wcale nie mówił tylko o modlitwie. On jest, ukazuje się tam, gdzie są razem ci, którzy ze względu na Niego są razem. Czy to jest modlitwa, czy łowienie ryb, czy zmaganie z trudami – On tam jest.

Dziękuję Panu za Kościół, w którym mogę być razem, w którym doświadczam wielokrotnie tego „idziemy i my z tobą”. Cieszę się, że praktycznie od początku mojej drogi wiary mogę doświadczać Kościoła, który jest wspólnotą. Doświadczam, że jest możliwe, żeby to nie był teologiczny slogan. Przeżywam Kościół jako wspólnotę w bardzo konkretnych relacjach, w ludziach, którzy stają się moimi braćmi, siostrami, przyjaciółmi. Serio doświadczam prawdziwości słów Jezusa, który powiedział, że kto pójdzie za Nim ten otrzyma stokroć więcej sióstr, braci, matek, ojców, dzieci. Ja to widzę.

Dotykam w ten sposób Zmartwychwstałego. Ukazuje mi się w tym byciu razem. W wielkich sprawach i w pierdołach. On jest. Zmartwychwstały – Emmanuel. Żywy i Bliski. On kocha bliskość. Kocha być z, być razem. On ma taki sposób na objawianie się. Powiedział, że po tym da się poznać, że jesteśmy Jego, że jesteśmy Jego Kościołem, jeśli miłość wzajemną mieć będziemy. Prostą, braterską, szczerą, na co dzień.

Papież Franciszek rozpoczął swój pontyfikat od tych słów:

„Zaczynamy tę drogę Kościoła w Rzymie, biskup i lud razem,drogę braterstwa, miłości, zaufania między nami. Módlmy się za siebie nawzajem, za cały świat, aby było wielkie braterstwo. Niech ta droga Kościoła będzie owocna dla ewangelizacji”.

Piotrze naszych czasów „idziemy i my z tobą!”

Do-świadczyć

W dniach po Zmartwychwstaniu słuchamy w Kościele o spotkaniach Zmartwychwstałego ze swoimi uczniami, z kobietami. Codziennie kogoś spotyka. Codziennie w jakiś inny, wyjątkowy sposób. Codziennie jesteśmy zaproszeni do konkretnych postaw, abyśmy i my mogli doświadczyć osobistego spotkania ze Zmartwychwstałym.

Dzisiaj Jezus przychodzi do wspólnoty Uczniów. Byli razem. Opowiadali sobie, co się komu przydarzyło, jak kto Go spotkał. Ale kiedy przyszedł do nich, gdy byli razem, mieli  problem, żeby uwierzyć, że faktycznie to jest On. Jezus nie zostawia swoich uczniów z wątpliwościami. Oni muszą wiedzieć, że prawdziwie Zmartwychwstał. Muszą być przekonani. Dlatego zaprasza ich aby przypatrzyli się Mu, dotknęli Go i przekonali się. Potem wyjaśnia im Pisma odnoszące się do Niego.

Przypatrz się. To zaproszenie do adoracji. Przypatruj się często. Przypatruj się długo. Nic więcej nie musisz robić. Wpatruj się w Niego, a zobaczysz jak będzie leczył twój wzrok, jak będziesz odzyskiwał zdolność widzenia Go w swoim życiu. Jeśli mówisz: ja nie widzę Boga w moim życiu. To jest właśnie zaproszenie dla ciebie: idź i przypatruj się Mu w Najświętszym Sakramencie. Miałem niesamowitą łaskę, że przez całe seminarium, każdego wieczora w naszym kościele mieliśmy godzinną adorację. 6 lat wpatrywania się w Niego, prawie dzień w dzień. Nauczyłem się przez ten czas po prostu być, trwać przed Nim, wpatrywać się. Po ludzku nic wielkiego się nie działo. Ale On tam był. Działał. Wiem, że to ocaliło moje powołanie. Wiem, że bez tego wysiadłbym w wielu momentach. Wiem, że te wieczorne adoracje kształtowały mnie bardziej niż konferencje, wykłady, homilie, pogadanki, itp. To był czas, o którym mówi Psalm 139: „W ukryciu powstawałem: (lub inne tłumaczenie: nabierałem kształtów). Jeśli dzisiaj mogę rozpoznać Żyjącego, to dlatego, że długo się Mu przypatrywałem. On mnie wówczas tego uczył. Moja pewność dzisiaj, że On jest i żyje rodziła się wtedy. I ciągle potrzebuję się przypatrywać i uczyć się.

Dotknij. Jest Emmanuelem – Bogiem bliskim, z nami. Zawsze szukał osobistego kontaktu, także fizycznego. Nie tworzył dystansu. Pozwalał się dotykać. Teraz nawet zaprasza: dotknij się Mnie. Kiedy byłem w seminarium lubiłem czasem pójść do naszej mniejszej kaplicy na drugim piętrze, podejść do tabernakulum i dotykać. Tabernakulum było na wysokości klatki piersiowej, więc czasem przystawiałem moje serce do Jego Serca, które tam jest fizycznie obecne. To była moja modlitwa o to, by czynił serce moje według Serca Jego. Na koniec prosiłem Go: idę, a Ty mnie teraz pobłogosław. Dotykałem się tabernakulum i czyniłem znak krzyża. Ponoć św. Tomasz fragmenty swojej Summy Teologicznej dyktował mając głowę przy tabernakulum. Wiedział, gdzie jest Źródło prawdziwej mądrości. Czerpał z Niego nawet fizycznie. Teraz lubię zapraszać ludzi do szczególnej modlitwy z Najświętszym Sakramentem. Zapraszam ich, aby dotykali Jezusa fizycznie. Lubię też dotykać Najświętszym Sakramentem do ich serca. Są wspaniałe świadectwa ludzi, którzy doświadczają wielkiego poruszenia tą modlitwą. Nawet gimnazjaliści, dawali świadectwo, że w czasie takiej modlitwy czuli fizycznie coś dziwnego: ciepło, mrowienie. Nie bój się Go dotykać. Idź i dotknij tabernakulum. Pobądź blisko Niego. On tam jest fizycznie obecny. I czeka na ciebie, na twoją wyciągniętą rękę, przyłożoną głowę, serce. Serio mówię.

Słuchaj. „Wiara rodzi się ze słuchania, a tym, czego się słucha jest Słowo Boże”. Słuchaj Słowa Bożego. Przy różnych okazjach. Lubię neokatechumenat, bo tam człowiek osłucha się Słowa do syta. Św. Hieronim mówił, że „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Chcemy Go rozpoznawać w naszej rzeczywistości, to musimy mieć żywy kontakt z Jego Słowem. Przecież, to On jest Słowem, które stało się Ciałem. Słowo staje się Ciałem. Można za św. Hieronimem powiedzieć, że jeśli nie ma w naszym życiu kontaktu ze Słowem na co dzień (różne formy kontaktu są możliwe), to i z poznaniem Go jako Zmartwychwstałego, Żyjącego będzie dla nas problemem. Uwielbiam te momenty, kiedy przychodzi tak bardzo konkretnie odpowiadając na dane sytuacje właśnie przez Słowo. Kiedy podczas modlitwy, indywidualne czy wspólnotowej czytamy np. Psalmy, i widzę, że są jakby przygotowane właśnie na ten czas, bo odnajduję w nich prawdziwe Słowo Boga wypowiedziane do mnie na daną sytuację. On dialoguje. Wydarzenia życia i odpowiedź Słowa. To jest żywy dialog. Tak rozpoznaję, że On jest Żywy.

Prośmy, aby Pan dał nam udział w swoim Zmartwychwstaniu: niech nas otwiera na swoją nowość, która przemienia, na niespodzianki Boga. Niech nas czyni ludźmi zdolnymi do pamiętania o tym, czego On dokonuje w naszych dziejach osobistych i dziejach świata. Niech sprawi, abyśmy potrafili odczuwać Go jako żyjącego, żywego i działającego pośród nas. Niech nas uczy każdego dnia, byśmy nie szukali wśród umarłych Tego, który żyje.

(Papież Franciszek podczas Wigilii Paschalnej)

Ale dzisiejsza Ewangelia, po tym, jak Jezus przekonuje swoich uczniów, że to On, prawdziwie Żyjący, kończy się słowami: „Wy jesteście świadkami tego”. Tak, to wszystko po to, żeby uczniowie przekonani o zmartwychwstaniu swojego Mistrza stali się Jego świadkami wobec innych. Przecież nie wszystkim Jezus ukazywał się osobiście po zmartwychwstaniu. Oni mieli przyprowadzić innych do wiary, do spotkania ze Zmartwychwstałym. Musimy sobie wziąć te słowa do serca: „Wy jesteście świadkami tego”. Musimy najpierw pozwolić Zmartwychwstałemu, a może nawet musimy to na Nim wymóc jak Tomasz Apostoł, który powiedział: „nie uwierzę,dopóki Go nie dotknę”. No i Jezus uległ, dał się dotknąć. Ale musimy też mieć tę świadomość, że nasze doświadczenie ma czynić z nas świadków, czynnych świadków Zmartwychwstałego. To jest zadanie Kościoła, czyli nas wszystkich. Jeśli jesteśmy we wspólnocie Kościoła, to jesteśmy wewnątrz pomieszczenia, do którego przychodzi Zmartwychwstały. To jest nasza przestrzeń – Kościół, wszystko to, co jest w nim nam dane – gdzie mamy doświadczyć, że Jezus zmartwychwstał i żyje. Ale są też ci, którzy są na zewnątrz Kościoła. Bardzo, bardzo wielu ludzi wokół nas. I nam doświadczającym, przekonanym Jezus mówi: „Bądźcie świadkami tego wobec nich”. Wy ich zaprowadźcie na spotkanie ze Mną, budźcie w nich wiarę, dawajcie im świadectwo.

Jezus mówi w tej Ewangelii swoim uczniom: „Ja jestem”. Oglądałem dzisiaj po raz drugi film Lecha Dokowicza pod tym własnie tytułem: „Ja jestem”. Film o obecności Jezusa w Eucharystii. A wcześniej podczas wieczornej Eucharystii zrozumiałem, że to jest prawda, co powiedział bł. Jan Paweł II: „Kościół żyje dzięki Eucharystii”. Od tego jak będziemy przeżywali Eucharystię będzie zależało jak i czy w ogóle będziemy świadkami Zmartwychwstałego, bo nie ma potężniejszego doświadczenia Jego obecności niż w Eucharystii. Ale trzeba nam prosić o łaskę coraz głębszego wchodzenia w to wszystko, co dzieje się podczas każdej Mszy. Musimy modlić się o łaskę bycia mistykami Eucharystii. O to, żebyśmy się tam z Nim faktycznie spotykali i żebyśmy przez to mogli faktycznie realizować posłanie wieńczące każdą Mszę: Idźcie w pokoju Chrystusa. Po łacinie te słowa brzmią: Ite [Ecclesia] missa est – Idźcie, Kościół jest posłany. Każda Eucharystia kończy się tym samym, co dzisiejsza Ewangelia: „Wy jesteście świadkami tego”. Wy, to znaczy i ja, i ty. Ani tylko ja, ani tylko ty. I ja, i ty.

Otworzyć drzwi naszych serc, naszego życia, naszych parafii, to dobrze dla wielu naszych zamkniętych parafii, ruchów, stowarzyszeń, by „wyjść” na spotkanie innych, stać się bliskimi, aby nieść światło i radość naszej wiary. Zawsze wychodzić! Czyniąc to z miłości i czułością Boga, z szacunkiem i cierpliwością, wiedząc, że my dajemy nasze ręce, nogi, serca, ale wówczas to Bóg je prowadzi i czyni owocnymi wszelkie nasze działania.

(Papież Franciszek podczas pierwszej audiencji ogólnej)

Moc

Kościół w tych dniach w pierwszym czytaniu pokazuje nam pewne sceny z życia Kościoła po zesłaniu Ducha Świętego. Słyszymy o Piotrze, który z zalęknionego ucznia, schowanego w Wieczerniku, dzięki namaszczeniu Duchem Świętym staje się Apostołem pełnym Ognia i Mocy. Ten, który drżał o swoje życie, teraz staje publicznie i ma odwagę głosić całą prawdę o Jezusie Chrystusie. To pierwsze głoszenie owocuje trzema tysiącami nawróconych, którzy w odpowiedzi zapytali się Apostołów: „Bracia, co mamy więc uczynić?” I zostali ochrzczeni w imię Jezusa Chrystusa. Słyszymy też jak Piotr z Janem przechodzili przy jednej z bram świątyni i spotkali niepełnosprawnego żebraka. Piotr każe najpierw spojrzeć temu człowiekowi na nich, a następnie mówi: „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” Podniósł go, a tamten odzyskał zdrowie i wielbił Boga.

Piotr jest pełen Mocy, pełen Ducha Świętego. Został namaszczony Nim w Wieczerniku. Modlili się o wypełnienie obietnicy danej przez Jezusa. I otrzymali Moc z wysoka. Tak wychodzą z Wieczernika na ulice Jerozolimy, aby tam Moc rozlała się przez nich obficie. To nie styl, czy błyskotliwość wypowiedzi Piotra nawraca 3000 ludzi. To nie jego słowo, ani nie jego dotyk uzdrawiają niepełnosprawnego żebraka. To Zmartwychwstały Chrystus, mocą namaszczenia Duchem Świętym czyni to przez Piotra. Piotr jest świadomy obdarowania. Mówi jasno, bez cienia wątpliwości: „co mam, to ci daję”. Wie, że ma i wie, co ma. Ma moc imienia Jezusa Chrystusa i w to imię może dokonywać wielkich rzeczy.

Pewnego dnia, podczas mojego dyżuru w kancelarii, przyszła kobieta rozbita wewnętrznie z powodu konfliktu z córką. Trochę rozmawialiśmy, a ponieważ kancelaria nie jest najlepszym miejscem na takie rozmowy, więc zaproponowałem tej kobiecie rozmowę innego dnia w moim mieszkaniu. Słuchałem, generalnie słuchałem. Powiedziałem kilka zdań i zaproponowałem modlitwę wstawienniczą. Kobieta zgodziła się bez problemu. Niesamowicie pięknie modliła się w jej trakcie do Ducha Świętego. Po zakończeniu modlitwy powiedziała coś, co wyryło mi się w pamięci: „Dziękuję, rozmawiałam już z wieloma księżmi, ale żaden nie zaproponował mi modlitwy. To było mi potrzebne”. I nie zapamiętałem tego, ponieważ mi podziękowała i mogłem poczuć się dobrze, że zrobiłem coś dobrego. Te słowa mnie uderzyły, ponieważ powiedziała, że rozmawiała z wieloma księżmi i żaden nie zaproponował jej modlitwy, która była jej potrzebna. Uderzyło mnie, że wielu namaszczonych Mocą z wysoka, namaszczonych mocą imienia Jezus, nie jest świadomych tego, co ma. Uświadomiłem sobie, że wielu powołanych nie wyszło jeszcze z Wieczernika na ulice swoich miejscowości, aby tam rozlała się Moc, mimo, że w sakramencie święceń otrzymali namaszczenie.

Papież Franciszek wypowiedział do nas, kapłanów, podczas wielkoczwartkowej Mszy Krzyżma bardzo mocne słowa, które mają nam uświadomić najpierw, że mamy Moc namaszczenia:

A kiedy czują, że woń Pomazańca, Chrystusa, dociera za naszym pośrednictwem, czują się zachęceni, aby powierzyć nam to wszystko, co pragną otrzymać od Pana: „módl się za mnie, Ojcze, bo mam ten problem”, „pobłogosław mnie”, „módl się za mnie” – to znaki, że namaszczenie dotarło do krawędzi płaszcza, aby zamieniło się w żarliwą modlitwę, błaganie Ludu Bożego. Kiedy jesteśmy w tej relacji z Bogiem i jego ludem, a łaska przechodzi poprzez nas, to jesteśmy wówczas kapłanami, pośrednikami między Bogiem a ludźmi. Chciałbym podkreślić, że zawsze musimy ożywiać łaskę i wyczuwać w każdej prośbie, czasami nieodpowiedniej, niekiedy czysto materialnej czy wręcz banalnej – ale jest tak tylko pozornie – pragnienie naszych wiernych, aby być namaszczonymi olejkiem wybornym, bo wiedzą, że go mamy.

Powiedział też jednoznacznie, że mamy dawać:

Pan powie to jasno: jego namaszczenie jest dla ubogich, więźniów, chorych, dla tych którzy są samotni i smutni. Namaszczenie nie jest po to, aby skrapiać nas samych, a tym mniej, abyśmy je zamykali we flakoniku, ponieważ olej mógłby zjełczeć… a serca zgorzknieć. (…)

Trzeba więc wyjść, doświadczyć naszego namaszczenia, jego mocy i jego odkupieńczej skuteczności: na „peryferiach”, tam, gdzie jest cierpienie, rozlew krwi, ślepota, która chce widzieć, gdzie są więźniowie tak wielu złych panów.

Nie, nie jestem bohaterem, który tak właśnie robi. Jestem świadomy, że w wielu momentach zabrakło z mojej strony tego wyjścia i Moc nie została dana. Wiem też, że doszedłem do świadomości tego, co mam i jak mogę dawać nie sam z siebie, ale m.in. przyglądając się ojcom Enrique Porcu i Antonello Cadeddu, założycielom wspólnoty Przymierze Miłosierdzia. I nauczyłem się od nich tego, że trzeba wysłuchać, można spróbować coś powiedzieć, ale trzeba też (a raczej przede wszystkim) pozwolić działać Panu, mocą Jego imienia. Jest wielu współczesnych „żebraków”, którzy nawet nie wiedzą, o co mają nas prosić. To my mamy wyjść do nich z tym, co mamy. Jest chociażby tyle osób cierpiących na depresję, których my, kapłani, powinniśmy w imię Jezusa Chrystusa namaszczać sakramentem uzdrowienia i umocnienia chorych. Jest tylu strapionych, którzy czekają na modlitwę o udzielenie im Ducha Pocieszyciela. Jest tylu zranionych w sercu, przez rodziców, bliskich, przez wydarzenia z życia, którzy potrzebują uzdrawiającego namaszczenia. Jest tylu uwikłanych w grzechy, którzy może by i chcieli, ale już sami nie wiedzą jak rozerwać krepujące więzy, i potrzebują abyśmy w imię Jezusa Chrystusa modlili się o wyzwolenie z mocy grzechu.

Nie, to nie jest domena „charyzmatyków”, bo każdy z nas jest charyzmatykiem na mocy święceń. I to w pełni charyzmatykiem. Każdy kapłan jest upodobniony do Jezusa Chrystusa, a w Nim jest pełnia namaszczenia Duchem Świętym, pełnia obdarowania, obfitość łaski. Te ręce, które podczas Eucharystii są wyciągnięte nad chlebem i winem, w których zmieniają się one mocą Ducha w Ciało i Krew Jezusa; te same ręce powinny być wielokrotnie, często, wyciągnięte nad poszczególnymi ludźmi, aby mocą Ducha Jezus dotykał i przemieniał ich życie. Nie jesteśmy kapłanami tylko podczas Eucharystii, czy w konfesjonale. Ta sama moc Ducha Świętego, moc imienia Jezus towarzyszy nam nieustannie. Skoro Pan daje swoim kapłanom dokonywać największego cudu na świecie, jakim jest Eucharystia, to czy nie da im dokonywać wielu innych?

Podczas rekolekcji kapłańskich prowadzonych przez o. Daniela Ange, uderzyła mnie jedna z konferencji, podczas której mówił o pewnej parafii, w której księża doświadczali problemu odchodzenia wiernych. Odchodzili do innych Kościołów chrześcijańskich, mówiąc: tam Pan uzdrawia i dokonuje cudów, tutaj nie widzimy, żeby działał. Pytali się więc o. Daniela co robić, a on im powiedział: módlcie się więc o to,żeby Jezus działał tutaj, módlcie się o uzdrowienia i znaki. Zaczęli duszpasterstwo „charyzmatyczne” i ludzie wrócili mówiąc: po co mamy iść tam, skoro widzimy, że tutaj Jezus jest i działa. Dzisiaj Kościół zastanawia się nad Nową Ewangelizacją. Zmagamy się z pustoszejącymi kościołami. Szukamy przyczyn tu i tam, najczęściej na zewnątrz. Ale może trzeba się zapytać: czy i jak dajemy ludziom to, co mamy? Czy w naszym codziennym duszpasterstwie jest też normalne, że modlimy się o uzdrowienie, uwolnienie, umocnienie, pocieszenie dla tych, którzy tego potrzebują? Czy ludzie widzą przez naszą posługę działającego Jezusa? Czy widzą, że prawdziwie zmartwychwstał i jest Żywy we wspólnocie Kościoła? Jeśli nie dajemy tego, co mamy, to znaczy, że to my, kapłani, jako pierwsi potrzebujemy nawrócenia. Potrzebujemy otwarcia. Nie nasi wierni, i nie ci, którzy odeszli. My. Jeśli my staniemy się uczniami Pana, Jego apostołami na wzór Piotra, wówczas zobaczymy na nowo Kościół Pięćdziesiątnicy i doświadczymy rozlewającej się mocy namaszczenia Duchem Świętym.

Trzeba więc nam nieustannie wołać, wspólnie modląc się za siebie nawzajem. Trzeba nam ciągle prosić o modlitwę naszych wiernych, aby wołali razem z nami, w naszej intencji. Trzeba nam tak wołać, jak wówczas bł. Jan Paweł II:

https://www.youtube.com/watch?v=yZebAUJoTjY