Zgorszenie

Św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian pisze:

My głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą.

Jezus wciąż pozostaje zgorszeniem. Dla Żydów chyba już nie. Oni Go po prostu odrzucili.  Nie jest też zgorszeniem dla ateistów. Dla nich jest raczej głupstwem. Kto się więc dzisiaj gorszy Jezusem? Kiedy czytam teksty Grześka i widzę reakcje, jakie one wywołują, to uświadamiam sobie, że dzisiaj Jezus jest zgorszeniem dla… pobożnych katolików. Paradoks. Ale nie mam zamiaru uprawiać polemiki, stawać w czyjejś obronie, albo występować przeciwko komuś.Piszę, bo jestem poruszony od przeczytania tekstu o Pasterzu, który jest Owcą, o którą ja muszę zadbać. On, potrzebujący mojej troski. On, nie tak doskonały jak my byśmy chcieli. Owszem, owszem z natury doskonały, Wszechmogący, itd. Wszystko to, co mówi o Nim dogmatyka to prawda. Ale jest coś co może faktycznie zgorszyć tych, którzy patrzą na Niego przez pryzmat dogmatów.

Siedziałem na maturze rozszerzonej z angielskiego i modliłem się na różańcu. A że matura trochę trwa, to mogłem przejść przez wszystkie tajemnice. Modliłem się i myślałem o Nim. Przyglądałem się Mu. I zaczęło do mnie przemawiać, że On, Wszechmogący Bóg jest jednocześnie Bogiem słabym. Trochę chyba nawet sam się przestraszyłem, że tak nie wypada myśleć, a już tym bardziej powiedzieć głośno. Ale tak do mnie przemówił. Taki się pokazał. Mój Bóg. Słaby. Nie dlatego, że ograniczony. Z wyboru. Z miłości. Patrzę na Jego narodziny. Jest całkowicie zależny od ludzi. Jak każde małe dziecko. Zdany na miłość Maryi i Józefa. Bóg, który nie jest samowystarczalny. Bóg potrzebujący ludzkiej miłości. Prawdziwie, żeby przeżyć. Patrzę na Jego śmierć i mam przed oczyma obraz brata Alberta: Ecce Homo.Widzę sceny z Pasji Mela Gibsona. Zmasakrowany, upokorzony, bezradny Człowiek. Mój Bóg. W doświadczeniu totalnej słabości. „Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic”. (Iz 53, 2-3) Widzę Go idącego ulicami Jerozolimy. Nie radzi sobie. Muszą przymusić Cyrenejczyka, żeby Mu pomógł nieść krzyż. Sam by już nie doniósł. Znowu sam nie daje rady. Słaby Bóg.

Patrzę na tego mojego Słabego Jezusa i uczę się Go na nowo. Uczę się Go postrzegać nie przez pryzmat dogmatów, filozoficznych dywagacji jaki Bóg może być a jaki być nie może. Skoro jest wolny, to może być jaki chce. Może być też Słaby. Uczę się właściwego klucza interpretacyjnego do mojego Boga. Jak pisał Karol Wojtyła: „Miłość mi wszystko wyjaśniła”. Nie jestem w stanie przyjąć Słabego Boga jeśli nie spojrzę na Niego z miłością.  Tak, bo jak mówi św. Paweł: Miłość nie szuka swego. Miłość wszystko przetrzyma. Nie szuka swego obrazu Boga, według dogmatycznych reguł i filozoficznych idei, ale pozwala Bogu być takim jaki jest. Św. Augustyn miał taką wizję, że siedzi nad morzem i przelewa je naczynkiem do wykopanego przez siebie dołka. I nigdy mu się to nie uda. Św. Tomasz z Akwinu chciał palić wszystko, co napisał o Bogu, bo doszedł do tego, że to jest warte tyle co słoma. Wielcy myśliciele, którzy potrafili powiedzieć: Nic o Nim nie wiemy. On jest ciągle Inny. Ciągle się będzie nam wymykał. Tylko miłość pozwoli nam przetrzymać ten wstrząs, który całkowicie wymyka się rozumowym dywagacjom. Tylko miłość może sprawić, że się nie zgorszę moim Słabym Bogiem.

Ale najważniejsza była dla mnie myśl, która przyszła na końcu. Usłyszałem jak naucza o Królestwie Bożym i mówi o tym, że ubodzy, nadzy, głodni, więźniowie, chorzy, itp. to On sam. Nie, że jest przy nich, wspiera ich, pociesza. On jest właśnie w tym bezdomnym, bandycie w więzieniu, poranionym… Utożsamił się z najsłabszymi. Ale tym razem zobaczyłem coś czego nie widziałem do tej pory. Zawsze patrzyłem na innych: On mówi o tym, o tamtym. A teraz zobaczyłem i zrozumiałem: On mówi o mnie. Ja jestem słaby, jestem poraniony, jestem łajdakiem, mam swoje kompleksy, niedomagania. On to mówi o mnie: jestem w Tobie, bo jesteś właśnie taki. Utożsamiam się z Tobą. Twój Słaby Jezus. Mój Słaby Jezus dał mi na nowo poznać co to znaczy, że jest Emmanuelem – Bogiem z nami. Utożsamionym z nami, słabymi ludźmi. Gdyby nie zgodził się stać Słabym Bogiem nigdy by się ze mną nie utożsamił. Ale On to robi. Robi to nawet ryzykując to, że się Nim zgorszą. Robi to z miłości. Miłość usuwa lęk. Ten przed zgorszeniem też.

MAGIS

Tego słowa nauczyłem się od jezuitów. MAGIS znaczy bardziej, więcej. I chodzi tu o cały styl bycia: być bardziej i więcej. Tak w tym co „ludzkie” i w tym, co „Boże”. Choć dla wierzącego chrześcijanina nie ma tak naprawdę takiego podziału.

Wsłuchuję się od wczoraj w dialog Filipa z Jezusem. Uczeń prosi swojego Mistrza: „Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Bardzo dobra prośba. Bardzo pobożna.  Człowiek wierzący powinien mieć właśnie takie pragnienie. W sumie to, czego można chcieć więcej? Ale Jezus wcale nie zadowala się tą odpowiedzią. Jest nią nawet zirytowany. Po pierwsze to oni już widzą Ojca w Jezusie. Wiec nawet nie wiedzą, że mają to co jest dla nich wystarczające. Po drugie On chce dla nich czegoś więcej. Chce, żeby robili większe dzieła niż On sam.

Ten dialog rodzi we mnie pytanie: czego ja chcę od Jezusa? Czy jestem uczniem, który mówi swojemu Mistrzowi: wiesz, o to mi wystarczy. To mogą być nawet pobożne rzeczy, jakieś dobre prośby. Ale to Słowo nie ocenia przedmiotu prośby, ocenia serce proszącego. Jezus uczy mnie, że mogę być ślepy i nie widzieć jak wiele już mam. Ja proszę, żeby mi dał to i tamto, a to mi wystarczy. A On mówi: głupcze, zobacz, że Ja już ci dałem to, co ci wystarczy. Po co Mnie o to prosisz, skoro masz? Masz, tylko nie widzisz.

Zaraz potem pyta się mnie o to, czy aby na pewno chcę tylko tyle? Czy chcę zostać na tym, co mi wystarczy? Jezus nie chce, żebym zadowalał się tym co wystarczy.  Choćby to było pobożne wystarczy. On zaprasza do otwarcia serca. Szeroko, bardzo szeroko. Przypomniał mi się Grzesiek odprawiający Eucharystię w Starej Wsi. Miał ręce rozłożone na maksa. Najszerzej jak się da. Wtedy pomyślałem sobie: to jest dobra postawa. Tak trzeba stawać przed Panem. Jezus chce dawać więcej niż to, co mi wystarczy. Daje obietnice, że mogę czynić rzeczy większe, nawet większe od tych, które On czynił. Rodzi się taka pokusa, żeby sobie pomyśleć: bez jaj, jak to czynić rzeczy większe niż Jezus czynił?! No ale przecież nie ja sobie to wymyśliłem. To On tak mówi.

Dostaję więc konkretne pytanie: chcesz być człowiekiem „satis” – wystarczy, czy „magis” – więcej, bardziej? I wiem, że On na serio traktuje odpowiedź. Jezus mówi przy tym jasno, że o cokolwiek będziemy Go prosić w Jego imię, to On spełni. Jeśli Mu powiem: chcę to, co wystarczy, to będę miał tyle. Ale jeśli powiem Mu: MAGIS, to On to spełni. Decyzja należy do mnie. Jeśli wybiorę wersję satis, to nie mogę mieć do Niego pretensji, że moje życie może nie być w pełni, nie dawać mi radości. Nie bądź taki skromny. Rozwal ręce najszerzej jak się da, otwórz serce na maksa, proś o więcej i żyj więcej, bądź bardziej. Jezus mówi, że to sprawi, że Ojciec będzie otoczony chwałą w Synu. Jak chcę uwielbiać Ojca, to trzeba, żebym prosił Jezusa o więcej.

W Dziejach Apostolskich jest scena kiedy Paweł i Sylas siedzą w więzieniu i uwielbiają Boga. Owocem tego było silne trzęsienie ziemi, które zachwiało fundamentami więzienia, otworzyło drzwi i zerwało kajdany. Kiedy proszę o więcej, kiedy żyję bardziej, wówczas Ojciec doznaje chwały, a moje życie doświadcza silnego trzęsienia ziemi. Fakt, to może zachwiać fundamentami, a to może wydawać się przerażające. Ale efekt jest taki, że otwierają się drzwi i opadają kajdany. Bycie MAGIS to droga do pełni wolności. To musi rozerwać te wszystkie kajdany, które tak pieczołowicie sobie nakładamy, albo inni próbują nam nakładać. To musi otworzyć drzwi, które do tej pory wydawały się nam pozamykane na dobre. Ale droga do tego zaczyna się we mnie, w moim sercu. Bóg czeka na moją decyzję: satis czy magis? Ta decyzja jest w stanie poruszyć wszystko.

Tak się składa, że piszę w dzień, kiedy w liturgii wspomina się także Maryję jako Matkę Łaski Bożej. Ona była i jest wzorem człowieka, który decyduje się otworzyć serce i być MAGIS. W Rzymie jest bazylika Matki Bożej Większej. Matka Boża Magis. Ona otworzyła swoje serce, powiedziała „tak, chcę, aby w moim życiu dokonywały się większe rzeczy” i faktycznie Bóg zrobił trzęsienie ziemi. To trzęsienie zatrzęsło całą ziemią i całym wszechświatem. Jaką skalę będzie miało moje trzęsienie? Nie ma innej możliwości jak tylko powiedzieć swoje osobiste „tak”.

https://www.youtube.com/watch?v=lNnGNx9EXEM

Węcej Ciebie, więcej łaski Twojej!
Więcej mocy, więcej miłości Twojej!

Nie-moc

Ty sprawiasz, że moc w słabości się doskonali i umacniasz słabych ludzi do złożenia świadectwa wierze, przez naszego Pana Jezusa Chrystusa.

To część jednej z moich ulubionych prefacji – o męczennikach. Kiedy się nią modlę wówczas widzę, że jest i dla mnie nadzieja. Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii, że to On sam wybiera swoich uczniów ze świata. Nie wybiera superbohaterów. Wybiera zwykłych ludzi, słabych ludzi. Jemu nie są potrzebni herosi. Potrzebni Mu są ci, którzy uwierzą, że On ma moc, i że ta moc wystarczy, aby wypełnić misję. Czy ja wierzę, że moich słabościach doskonali się moc? Ciągle muszę walczyć o to, żeby bardziej koncentrować się na Nim niż na swoich słabościach. Potrzebuję to sobie uświadamiać, że mogę mimo wszystko składać świadectwo wierze. Mogę, bo On mnie uzdalnia do tego. Nie mogę się więc wymawiać swoimi ograniczeniami. Nie ma L4. Jestem słaby, ale nie zostaję w łóżku. To jest właśnie przestrzeń, którą On chce wykorzystać. Moje doświadczenie mówi mi to samo. Największe owoce widziałem wtedy, kiedy byłem najbardziej przekonany o swojej słabości, niezdolności. Kiedy ja byłem przygotowany na porażkę, On objawiał swoją moc.

To jest tak naprawdę Jego misja. To nie ja zbawiam świat. On jest Zbawicielem. Tylko w Jego imieniu jest zbawienie. Ja mam zaszczyt uczestniczyć w Jego misji. I ciągle muszę pamiętać, że „sługa nie jest większy od swego pana”. To właśnie moje słabości mi to uświadamiają. Czasem bardzo brutalnie zrzucają mnie z piedestału. Bogu dzięki, że to robią i przypominają mi, że to nie ja jestem Panem i Zbawicielem. To ja sam ciągle potrzebuję zbawienia. Głosząc je w Jego imię, sam staję w pierwszym szeregu potrzebujących.

Misja, której podejmuje się Paweł wraz z towarzyszami pokazuje jasno: to Boże dzieło, którym On sam zarządza. Bóg daje im głosić Ewangelię w wielu miejscach, ale w Azji Duch Święty im tego zabrania. Nie pozwala im też przejść do Bitynii. Paweł przez cały czas miał świadomość, że jest tylko narzędziem w dziele ewangelizacji. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich słabości i ograniczeń, ale miał serce rozgrzane do czerwoności. Był ciągle przynaglany miłością Chrystusa. On nie staje zrezygnowany, że Bóg nie pozwala mu działać tam, gdzie chciał iść. Widzi w śnie Macedończyka proszącego o pomoc i odczytuje to jako Boże wezwanie. Nie jest ważne gdzie nie mógł głosić Ewangelii. Ważne jest gdzie Bóg go wzywa do złożenia świadectwa wierze. Być może czuł, że podejmuje ryzyko wyprawiając się do Macedonii. Może to jednak znowu tylko jego pomysł. Czy Bóg tego chce naprawdę? Mógł się o tym przekonać tylko w jeden sposób: wyruszając w drogę. Ryzyko. Jak się okaże, że nie, to może straci u swoich towarzyszy. Może się skompromituje. Może odejdą. Ale trzeba podjąć wyzwanie i spróbować.

Czy jestem gotowy wyruszać, kiedy istnieje ryzyko, że wcale nie dojdę tam, gdzie chciałem, że będę musiał zawrócić, że to może być moja kolejna „porażka”? Mimo słabości i mimo ryzyka. Wielokrotnie doświadczałem tego, że On cofał mnie w ostatniej chwili. Wydawało się, że to jest to, że wszystko idzie ku temu. A On prowadził to po swojemu. Zabraniał iść. Okazywało się, że to nie jest to. Niektórzy już nawet z przymrużeniem oka patrzą na kolejne pomysły. Ale mimo wszystko coś mnie ciągle przynagla, żeby znowu zaryzykować. Bez wyruszania w drogę nie dowiem się czy idę właściwą drogą. Lepiej się cofnąć, zawrócić i spróbować jeszcze raz, niż stać w miejscu.

Matka

Matka-Boża-Częstochowska-Królowa-Polski

Dzisiaj miałem napisać co innego, ale spojrzałem na Jej twarz i wszystko mi się pozmieniało. Zobaczyłem Jej miłość. Wyrytą na Jej twarzy. Zobaczyłem i to stało się najważniejszym przesłaniem dzisiejszej uroczystości. Moja Królowa ma niepowtarzalną twarz. Ma dwie szramy. To one sprawiły, że dzisiaj patrząc na Królową zobaczyłem twarz Matki. Przeoraną z Miłości.

Teraz rozumiem dlaczego dzisiaj czyta się Ewangelię, w której Ona stoi pod Krzyżem. Tam ma tę samą twarz. Przeoraną. Twarz Matki zranionej miłością. Matki, która jest przy swoim Synu, towarzyszy Mu, aż po Krzyż. Nie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co przeżywała. A jednak w sercu czuję tę miłość. Z jednej strony szarpiącą, rozrywającą serce. Zadającą ból. Z drugiej zaś oddającą to, co się dzieje w ręce Ojca. Walczącą o to, żeby ufać do końca, pełnić do końca Jego wolę i nie zatrzymać się na sobie, na tym bólu. Miłość, która towarzyszy Synowi na drodze wypełniania woli Ojca. Towarzyszy ze świadomością, że ta droga zostawi głębokie szramy na Jej obliczu. Ale to te szramy sprawiają, że Jej oblicze jest piękne. Piękne pełnią macierzyńskiej miłości.

Dzisiaj proszę Ją o taką miłość. W moim ojcostwie, proszę dzisiaj Matkę o takie serce.

Pełnia

Dzisiejszy patron dnia, św. Atanazy, to człowiek o wielkiej determinacji w bronieniu prawdy o Jezusie Chrystusie. Bronił właściwego spojrzenia na Niego, które było zniekształcane przez ówczesną herezję arianizmu. Płacił przez całe swoje życie wysoką cenę za wierność i otwartą obronę prawdy o Jezusie. Ocierał się o śmierć, był pozbawiany godności i urzędów kościelnych, przywracany na nie i znów obalany, zsyłany na wygnanie. Był jednak nieugięty.

Dzisiaj jednocześnie w Ewangelii słyszę od Jezusa o tym, że On mówi do mnie po to, aby była we mnie radość i to pełna radość. I pokazuje, co ma być tą radością. Mówi mi o ogromnej miłości do mnie. Tej samej miłości, jaką Ojciec ma do Niego. On kocha mnie tą samą miłością. I wzywa mnie do jednego: Wytrwaj w miłości Mojej! To jest prawda o Jezusie. Prawda, której mam bronić w sobie. Prawda, którą mam głosić innym. Prawda o Bogu, który umiłował i wzywa do jednego: Wytrwaj w miłości Mojej!

Ale dzisiaj także można zobaczyć jak toczy się spór o tę prawdę. W Dziejach Apostolskich słyszymy o Soborze Jerozolimskim, na którym zebrali się Apostołowie i Kościół w Jerozolimie, aby zmierzyć się z problemem czy nawracających się z pogaństwa poddawać obrzezaniu i nakładać na nich obowiązki wynikające z prawa żydowskiego. Dylemat prawa. Aktualny do dzisiaj. Aktualny w patrzeniu na Boga, na Kościół, na wiarę. Herezja, która zagraża przeżywaniu i głoszeniu prawdy o Jezusie. Herezja polegająca na wprowadzaniu ludzi w przeżywanie wiary, która nie opiera się na relacji, żywej relacji z Bogiem, ale jest budowana na martwych schematach coraz rzadziej przez ludzi rozumianych, oraz na prawach wyrażających się w nakazach i zakazach. Taka wiara nie daje radości. Nie jest możliwe czerpać z niej ani życia ani radości. Nie prowadzi do żadnej pełni. Jest jak kajdany. Religijne niewolnictwo. Dlatego św. Paweł zabiera stanowczy głos w tej dyskusji, głos sprzeciwu w obronie prawdziwej wiary. „Prawo zabija, a Duch daje życie”. „Nie otrzymaliśmy ducha niewoli, żeby się pogrążyć w bojaźni, ale Ducha przybrania za synów, aby wołać:Abba, Ojcze!” Kościół nie jest od nakładania kajdan. Kościół ma dawać wolność w Jezusie. Wolność, która ma swoje źródło w Jego miłości. Miłości, która przemienia. Przemienia tak, że św. Augustyn powie: „Kochaj i rób co chcesz!”. Jeśli zostałeś dotknięty prawdziwie Jego miłością, to nie martwię się o to, co będziesz robił i jak to będziesz robił. Jestem o ciebie spokojny, bo ta Miłość poprowadzi cię do pełni. „Prawdziwa miłość usuwa lęk”. Prawo jest wyrazem lęku. „Owocem zaś Ducha jest radość”.

Patrzę jeszcze raz na Atanazego i widzę w nim patrona nie obrony dogmatów, ale prawdy o Jezusie. Przypominają mi się jednocześnie słowa papieża Franciszka, który mówił, że nie jesteśmy wyznawcami dogmatów, ale Jezusa Chrystusa, który nie jest dogmatem, ale Osobą, Żywym Bogiem. Atanazy i Słowo mówią mi dzisiaj: broń przede wszystkim w sobie samym prawdy o Jezusie, prawdy ewangelicznej, prawdy o Żywym Bogu, o Bogu, który jest miłością. Nie zniekształcaj obrazu Jezusa, nie wsadzaj Go w karykaturalne ramki, nie przycinaj do swoich racji, schematów, ograniczeń i lęków, ale patrz na Niego w całości, wierz w Niego, takiego jaki jest prawdziwie. I głoś Go prawdziwego. Głoś Jezusa, takim jaki jest. Nawet jeśli trzeba będzie tym samym narazić się komuś i ponieść tego cenę. Moim powołaniem jest głosić prawdziwą Ewangelię, która zaczyna się zawsze od Bożej miłości. Ewangelię, która polega na życiu tą miłością. Ewangelię, która prowadzi do pełni wolności i radości dzieci Bożych.

„Nikt nie odbierze mi tego, co mam w Tobie
A w Tobie mam:
Pełnie miłości,
Pełnie wolności,
Pełnie radości,
Mam w Tobie…”

https://www.youtube.com/watch?v=82alMUXiubs