Droga

Jezus jest w drodze do Jerozolimy. Idzie razem ze swoimi uczniami. To jest droga, którą On robi z każdym z nas. Droga wiary.

Jezus musiał zatrzymać się po drodze do Jerozolimy. Uczniowie idą do pewnego miasteczka samarytańskiego, aby przygotować tam pobyt dla Niego. Nie zostali przyjęci. Jezus się tam nie może zatrzymać. Jan i Jakub się wściekli. Byli gotowi posłać ogień z nieba na to miasto i zniszczyć je doszczętnie. Jezus nie pozwolił im na to. Poszli gdzie indziej.

Na mojej drodze wiary są takie miejsca, w których jestem obcy. Miejsca, w których się nie zatrzymam. Nie wprowadzę tam „mojego Jezusa”. To mogą być ludzie, którzy nie wierzą tak jak ja; nie myślą tak jak ja; nie czują tak jak ja. To mogą być wspólnoty, w których nie modlą się tak jak w mojej wspólnocie; nie formują się tak jak w mojej; nie działają tak jak w mojej. Spotykam ludzi, wspólnoty, rzeczywistości, które są inne i nie chcą wcale przyjmować mojego stylu, myślenia, funkcjonowania, sposobu wyrażania wiary. I rodzi się pokusa, żeby zesłać na to deszcz ognia i wypalić. Osądzić, obgadać, potępić, pomówić, zanegować… Bo jak można nie przyjąć mnie z „moim Jezusem”?! Mój jest właściwy! I albo się Go przyjmie, albo nie ma się racji bytu. Okropna pomyłka. Jezus nie jest cesarzem podbijającym kolejne ziemie i narody. Jezus wskazuje, że są jeszcze inne miejsca, w których można się zatrzymać. Muszę się ciągle uczyć, że w Kościele są różne miejsca, w których jedni odnajdą się tu, a inni tam. Jezus pokazuje, że zamiast ciskać gromy i zsyłać ogień, lepiej poszukać swojego miejsca, w którym będę mógł się zatrzymać z „moim Jezusem”. Na szczęście Kościół jest tak bogaty, że jest to możliwe.

Ale ta scena odnosi się także do mnie samego. Są we mnie takie miejsca, które nie przyjmują Jezusa. To przede wszystkim moje słabości i grzech. Chciałbym tam Go wprowadzić, poddać je Jemu, ale ciągle doświadczam jakiegoś sprzeciwu. „Biedny ja grzesznik, nie czynię tego, co chcę, ale czynię to, czego nie chcę” – jak powie św. Paweł. I tu też mogę doświadczać pokusy zniszczenia wszystkiego. Skoro ciągle się nie udaje, to lepiej sobie dać spokój, wycofać się, uznać się za beznadziejnego. Ale Jezus pokazuje, żeby zamiast ciskać gromy w siebie samego i pogrążać, lepiej jest poszukać miejsc, które są napełnione łaską, w których doświadczam życia.

Jezus spotyka po drodze człowieka, który deklaruje gotowość pójścia za Nim dokądkolwiek by się udał. Jezus nie odrzuca tej deklaracji, ale pokazuje mu rzeczywistość: „Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł wesprzeć”.

Mogę moją wiarę przeżywać jako „pobożne flow”. Puszyste słowa, radykalne deklaracje, wielkie zrywy, pobożne uniesienia. I to wszystko nawet ze szczerym sercem. Ale Jezus uczy mnie dzisiaj, że warto zobaczyć horyzont, bo to jest miejsce gdzie niebo styka się z ziemią. On pokazuje rzeczywistość. Bo moja wiara i pójście za Nim ma być osadzone w rzeczywistości. Chcesz pójść za Mną? Ok, ale w świecie realnym, tam gdzie jestem, a nie w pobożnych idealizacjach, bo tam Mnie nie ma. Chodź, ale nie dziw się, że będziesz doświadczał prozy życia, trudów, słabości, itp. Pójść za Mną oznacza pójść tam.

W pewnym momencie Jezus sam mówi do dwóch mężczyzn: „Pójdź za Mną!”. Tym razem wcale nie spotyka się z ochoczą odpowiedzią. Owszem, są gotowi pójść, ale jest pewne „ale”. Pogrzeb, pożegnanie z rodziną…

Pójdę za Tobą, ale najpierw muszę jeszcze coś zrobić… Pójdę, ale może nie w tym momencie… Daj mi jeszcze chwilę… Może będzie lepszy czas… Może będę bardziej gotowy… Ile razy Jezus zaprasza mnie do podjęcia wyzwania, gdzieś mnie przynagla, ale jednak nie wchodzę w to. Sam sobie wypisuję usprawiedliwienie. On mówi: Pójdź! A ja stoję, bo… Wcale nie mówię Mu: nie. Owszem Panie, pójdę… tylko nie teraz. A Jemu chodzi własnie o teraz. Pójdę do przodu jeśli odpowiem teraz na Jego zaproszenie. „Jeśli dziś usłyszycie Jego głos, nie zatwardzajcie swojego serca” (Ps 95).

Wielokrotnie rozmijam się z Jezusem w myśleniu. „Myśli Moje nie są myślami waszymi, a drogi moje, drogami waszymi” – mówi Słowo Boże. To prawda. Ale na szczęście On jest cierpliwym Nauczycielem. Ma świadomość z kim idzie drogą i kogo na niej spotyka. I ciągle mnie uczy, uczy, uczy… Mając nadzieję, że w końcu pojmę trochę więcej niż dotychczas.

Chcę!

„Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Tak powiedział trędowaty do Jezusa. Jeśli chcesz, możesz… Z mojej strony akcent musi paść na wiarę, że On może. Może dokonać cudu w moim życiu. Może mnie oczyścić. Może mnie podnieść. Może mnie uwolnić. Może mnie pocieszyć. Może mnie poprowadzić. Bóg nie potrzebuje więcej, jak właśnie tego, żebym miał odwagę powiedzieć Mu: „możesz to zrobić”. Odwagę wiary.

„Chcę, bądź oczyszczony”. Tak odpowiedział Jezus. Bóg chce. Chce przychodzić z łaską. Chce dokonywać cudów. Chce pochylać się nad moją nędzą. Chce mi błogosławić. Chce mojego dobra. Bóg jest na „TAK” wobec mnie. Czy jest powód dla którego temu trędowatemu powiedział: „Chcę”, a mi miałby powiedzieć inaczej? Nie ma. Mnie, Ciebie, i jego kocha tak samo. Ma to samo „chcę” dla każdego.

Czy to jest zawsze dla nas takie oczywiste? Nie. Jesteśmy podobni do Abrama i Saraj (późniejszych Abrahama i Sary). Dwoje starców bez potomstwa. Dziesiątki lat modlili się o cud. O błogosławieństwo Boże. O znak przychylności. Aż pewnego dnia Bóg powiedział im: „Chcę”: Chcę dać wam ziemię i potomstwo. Abram uwierzył, że Bóg faktycznie chce to zrobić i może to zrobić. Bóg dał im ziemię. Ale nie dał jeszcze potomstwa. Ziemia nie była wypełnieniem obietnicy. Dziesięć kolejnych lat oczekiwania sprawiło, że Abram i Saraj zaczęli wątpić, że Bóg chce wypełnić swoją obietnicę. Zwątpili w dobroć Boga. Stojąc na ziemi, która była dla nich znakiem, że Bóg jest prawdomówny i może wypełnić swoje „chcę”, przestali w to wierzyć. Więc zaczęli szukać swoich rozwiązań. Saraj dała Abramowi swoją niewolnicę Hagar, aby z niej poczęło się potomstwo. Tak, począł się Izmael, który był dziki, ciągle toczył walkę i był utrapieniem dla innych.

To jest także nasza historia przymierza z Bogiem. Bogiem, który mówi: „Chcę ci błogosławić”. Na tym polega Jego przymierze. Może być tak, że Bóg jednak nie realizuje wszystkiego od razu. Dostajemy część tego, czego się spodziewaliśmy. Dostaję ziemię obiecaną. Ale wciąż tęsknię za czymś więcej. Dostałem łaskę spotkania z żywym Bogiem, nawrócenia na relację z Nim. Ale wciąż nie zostałem uzdrowiony z głębokiej skazy, która jest we mnie. Doświadczam cudów, ale wciąż nie doświadczyłem wszystkich, które byłyby mi potrzebne. I jest wielka pokusa zwątpić w dobroć Boga. Zwątpić, że On chce mi prawdziwie błogosławić. Zwątpić, że może faktycznie dokonać tych wszystkich rzeczy w moim życiu. Że skoro nie ma w moim życiu tego i tego, albo jest to i to, to znaczy, że On nie chce mojego dobra. I jest wielka pokusa zacząć szukać w tym wszystkim swoich rozwiązań. Przestać iść do przodu z wiarą, że skoro On powiedział, że „chce”, to znaczy że tak jest; że Jego błogosławieństwo mi towarzyszy. I zgodzić się począć potomstwo z niewolnicy. „Nie otrzymaliście ducha niewoli, aby się pogrążyć na nowo w bojaźni, ale Ducha przybrania za synów, w którym wołamy: Abba, Ojcze!”.Kiedy przestaję wierzyć w dobroć Boga, wówczas pogrążam się w bojaźni. Rodzę z ducha niewoli. Rodzę to, co staje się moim utrapieniem. To, co wpędza mnie w nieustanną walkę. To, co zabiera mi pokój.

Ale Bóg po tych dziesięciu latach przychodzi znowu do Abrama i mówi: „Pobłogosławię twojej żonie i dam ci potomka z twojej żony”. Abram się roześmiał. On miał już blisko sto lat, a ona dziewięćdziesiąt. Bóg zwariował mówiąc takie rzeczy. I zmienia temat prosząc o błogosławieństwo dla Izmaela. Ale Bóg mówi: „Izmaela pobłogosławię jak chcesz, ale chcę ci dać Izaaka, z którym zawrę przymierze”. Za rok urodził się Izaak.

Bóg przychodzi do nas i mówi: „Nie ducha niewoli wam przeznaczyłem, lecz Ducha przybrania za synów”. Nie przekleństwo mam dla twojego życia, lecz błogosławieństwo. Nie śmierć, lecz życie. Nie niewolę, lecz wolność. A my ile razy zmieniamy temat i mówimy Mu: pobłogosław mi to, co zrodziło się z ducha niewoli, a będę szczęśliwy. Durni jesteśmy. On mówi, chcę żebyś miał życie z Ducha wolności. Chce dać nam pełnię. A my jakbyśmy nie słyszeli tego „chcę”, albo nie wierzyli, że skoro On chce, to może.  W naszej niewierze chcemy zadowalać się tym, co sami sobie przygotowaliśmy, a nie tym, co On chce nam dać. Potrzeba nam mieć odwagę usłyszeć obietnicę i uwierzyć, że dla mnie On chce dobra. I moje życie może być dobre, pełne. „Panie, jeśli chcesz, możesz…”

„Upodobał sobie tych, którzy cześć Mu oddają, którzy ufają Jego dobroci.” (Psalm 147, 11) 

Oskary

Dzisiaj w diecezji poruszenie, bo zostały ogłoszone nowe decyzje personalne. A więc zmiany, z których jedni się cieszą, drudzy niekoniecznie. Różnie można patrzeć na takie wydarzenia. Ja chcę patrzeć na to z wiarą. Z wiarą, że Bóg jest najlepszym Reżyserem. Przypomina mi się jak od zawsze chciałem nawiewać z diecezji do różnych zakonów, wspólnot… nigdy nie czułem, żeby diecezja jest moim miejscem. Bóg tak poprowadził moją historię, że obecnie zacząłem czwarty rok jako ksiądz diecezjalny. Patrzę na trzy lata pracy w Puławach i widzę, że to ma sens. Wierzę, że to jest Jego plan i Jego dzieło. To ciekawe, że cały czas doświadczam, że On prowadzi inaczej, po swojemu. Ciągle się czuję jak św. Paweł, któremu Duch z jakichś powodów zabraniał iść przez Azję, ale posłał go do Macedonii. On widzi więcej, dalej, głębiej. Dzisiaj kiedy wiem, że zostaję kolejny rok w Puławach, choć w pewnym momencie była mowa o innej możliwości, to patrzę na to z tą samą wiarą, że to dalej Jego dzieło. Bóg daje kolejny rok, aby pracować dla Królestwa Bożego w Puławach. Teraz liczy się konkretna praca duszpasterska i ewangelizacyjna. W głowie rodzą się pomysły. Przypomina mi się ta myśl przed seminarium: „Jeśli mam być księdzem, to tam, gdzie tego najbardziej potrzebują, gdzie na to czekają”. Dzisiaj z wiarą myślę, że ktoś czeka i potrzebuje tego w Puławach w ciągu najbliższego roku.

Decyzje personalne są u nas w diecezji nazywane „oskarami”. Wierzę, że dzisiaj i zawsze jedna statuetka jest pewna: dla najlepszego Reżysera. Bóg nim jest.