Nadzieja

Dla Boga nigdy nie jest za późno. Każda godzina jest dobra, żeby ruszyć na poszukiwania i odnaleźć kogoś, kto stoi gdzieś bezczynnie. Przypowieść o najmowaniu robotników to przypowieść nadziei.

Bóg jest ciągle w ruchu. Ciągle przemierza różne miejsca, zagląda w różne zakamarki w poszukiwaniu człowieka, który jeszcze nie usłyszał Jego zaproszenia: „Chodź, zapraszam Cię do Mnie! Jesteś Mi potrzebny!” Uwielbiam słuchać świadectw o tym jak ludzie doświadczają spotkania z Bogiem. Nie ma schematu. On jest w tym całkowicie wolny. Mnie spotkał i zaprosił do pójścia z Nim w moim mieszkaniu, kiedy byłem w klasie maturalnej. Przyszedł niespodziewanie pewnego dnia i wywrócił do góry nogami moje życie. Ani się tego spodziewałem, ani tego szukałem. Ale przyszedł w taki sposób, że poszedłem za Nim. Pobiegłem. Mam ochotę podzielić się też historiami moich przyjaciół, które od nich usłyszałem, ich spotkaniem z Jezusem. Marek, Konrad, Justyna, Maja, Bartek… Cały czas pisząc ten tekst myślę o ich historiach. Są różne, tak jak oni są różnymi ludźmi. Inaczej przychodził do nich Jezus, w innych okolicznościach, na innym etapie życia, w inny sposób. Ale dostali tę samą łaskę spotkania z żywym Bogiem. Tak jak ci, których najął gospodarz dostali jednakową zapłatę, mimo że zostali najęci o różnych godzinach.

Ta przypowieść i świadectwa konkretnych osób pozwalają mi patrzeć z nadzieją na moje życie i życie innych. Tak, to też nadzieja dla mnie. Spotkałem Jezusa, poszedłem za Nim, ale ciągle jest niebezpieczeństwo ustania. Ciągle potrzebuję na nowo poruszenia. I Bóg w ten sposób pokazuje mi, że ciągle wychodzi mnie szukać. Kiedy się pogubię, to przychodzi ta myśl, że Bóg nie ustaje. Jest nadzieja, że przyjdzie kolejna godzina w której znów wyjdzie i na nowo mnie znajdzie. Ale to daje mi także ogromną nadzieję na pracę z innymi, szczególnie młodymi. Skoro ktoś nie został znaleziony w gimnazjum, to może przyjdzie na to czas w szkole średniej, a może na studiach, w małżeństwie… To się nie musi dokonać na moich oczach. Ale ja muszę mieć nadzieję wobec każdego człowieka. Muszę mówić też ludziom, że na życie każdego jest nadzieja. Jeśli jeszcze to nie jest dziś, to nie znaczy, że w ogóle. Bo Bóg nie ustaje, nie rezygnuje. Nabór do Królestwa Bożego trwa nieustannie. Nie wolno mi przestać patrzeć z nadzieją na własne życie i na życie innych. „Bo nadzieja zawieść nie może!” (Rz 5, 5).

Jeśli chcesz

„Bóg Cię kocha i ma dla Ciebie najlepszy plan”. Tak brzmi jedna z klasycznych prawd ewangelizacyjnych. Przyglądam się scenie spotkania Jezusa z młodzieńcem pytającym co ma czynić, żeby osiągnąć życie wieczne i mam nieodparte wrażenie, że ta prawda powinna brzmieć inaczej: „Bóg Cię kocha, dlatego nie ma planu na Twoje życie”.

Jezus słysząc pytanie: „Co mam czynić?” prowokuje młodzieńca do wejścia w dialog: „Dlaczego Mnie pytasz?”. Finałem tego dialogu będzie zdanie: „Jeśli chcesz…”. Inny Ewangelista doda bardzo ważny szczegół: Jezus spojrzał na niego z miłością. To właśnie takie spojrzenie na drugiego pozwala powiedzieć: „Jeśli chcesz…”, a nie „musisz… koniecznie…”. Miłość daje wolność. Bóg kocha, dlatego uczynił człowieka wolnym i w pełni szanuje tę wolność. Nie ma odgórnego planu, który po prostu trzeba wykonać. Św. Paweł powie, że „miłość nie szuka swego”. Bóg nie chce realizować „swego” w życiu człowieka. On zaprasza, składa konkretne propozycje, bo wie, co ma do zaproponowania i czeka. Robi przestrzeń wolności. Młodzieniec odpowiedział odchodząc. Jezus nie potępił jego decyzji, nie przeklął go, nie wyraził rozczarowania. Po prostu przyjął z miłością jego odpowiedź, tak jak z miłością powiedział mu: „Jeśli chcesz…”. Kto wie, może ten człowiek potrzebował jeszcze czasu. „Miłość cierpliwa jest”. Tylko przyjęcie takiej decyzji z miłością daje szansę, że wróci i powie „chcę”. Bo będzie wiedział, że zawsze będzie przyjęty z miłością.

Jezus ciągle uczy mnie innego myślenia i funkcjonowania. Uczy mnie miłości, która daje wolność. Nie, wcale nie mam najlepszych pomysłów na to, jak żyć, co robić, jak wierzyć. Mam trochę wiedzy, swojego doświadczenia, refleksji, przekonań. Mogę się tym dzielić z innymi. Ale nikt nie musi myśleć tak jak ja. Nie musi wierzyć tak jak ja. Nie musi robić tego, co ja uważam w tym momencie za słuszne. Czemu akurat musiałby to robić? Przecież nie mam planu na czyjeś życie. Mogę być przy kimś, towarzyszyć, słuchać, wejść w dialog, może coś zaproponować. Ale zawsze powinienem zostawić przestrzeń wolności. Jak Jezus, który mówi ostatecznie: „Jeśli chcesz…”. Muszę tworzyć przestrzeń zaufania, w której druga osoba będzie czuła się bezpiecznie, swobodnie. Drugi, który jest moim bratem, musi widzieć, że patrzę na niego z miłością. Wiedzieć, że to, co mówię i robię wynika z miłości. Ale musi też wiedzieć, że jest wolny, i że kiedy wybierze inaczej będę dalej patrzył na niego z tą samą miłością. Bez oceniania, obrażania się, potępiania. Uczę się mówić „Jeśli chcesz…”, a potem czekać i przyjmować to, co wybierze brat. Uczę się miłości.

https://www.youtube.com/watch?v=-JGzvH-DdcY

Patrzmy na Jezusa

Jeremiasz został wrzucony do cysterny, w której nie było wody, ale błoto. I zanurzył się Jeremiasz w błocie. To nie jest tylko doświadczenie Jeremiasza. To także moje doświadczenie. Pewnie też wielu innych się w nim odnajdzie. Moje doświadczenie grzechu i wciąż powracającej słabości to moje zanurzenie w cysternie z błotem. Taka cysterna jest ciasna i śmierdząca. Wzrok biega rozpaczliwie dokoła, ale nie widzi nic poza błotem grzechu i krępującymi ścianami niemocy. Jest duszno. Powolne obumieranie. Kiedy patrzę na siebie oblepionego błotem, kiedy patrzę na cysternę niewoli, wówczas panicznie zaczynam się szamotać, a po jakimś czasie opadam z sił i dopada mnie zrezygnowanie.

W moim doświadczeniu beznadziei pojawia się jednak światło: „Patrzmy na Jezusa!” Muszę przestać patrzeć na siebie, na grzech, na ograniczenia. To nie ma sensu. Muszę spojrzeć na Jezusa, w Nim utkwić swój wzrok. Czasem może potrzeba znaleźć się w cysternie totalnej niemocy, zanurzyć się w błocie, żeby zrozumieć, że tego, czego mi potrzeba, to patrzeć na Jezusa. Spojrzeć w oczy Temu, którego wzrok pełen miłosierdzia wyciągnął już niejednego z najgłębszych i najbardziej syfiastych cystern. List do Hebrajczyków mówi, że mamy dokoła siebie mnóstwo świadków. Tak, całe mnóstwo uratowanych przez miłosierne spojrzenie Jezusa. Tych, którzy mówią nam razem z psalmistą: „Z nadzieją czekałem na Pana, a On się pochylił nade mną i wysłuchał mego wołania. Wydobył mnie z dołu zagłady, z błotnego grzęzawiska, stopy moje postawił na skale i umocnił moje kroki”.

Dalej słyszymy w Liście do Hebrajczyków o wytrwałym biegu odłożywszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech. Nie potrafię odłożyć grzechu. Choć zmagam się, odrzucam, ale jednak skutecznie odłożyć go nie potrafię. I znowu przychodzi pokusa zwątpienia. Mam odłożyć, ale nie potrafię. Ale własnie po tym zdaniu słyszę: „Patrzmy na Jezusa!” I słyszę, że On wycierpiał krzyż. Patrzę na Jezusa Ukrzyżowanego, żeby zobaczyć, że to nie ja mam siebie zbawić, ale że „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jedynego dał, żeby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne”. Patrzę na Jezusa Ukrzyżowanego, żeby skupić się na Jego miłości. Mam patrzeć na Miłość Bożą, żeby nie ustać złamanym na duchu. Tak, bo chociaż nie potrafię odłożyć grzechu, to jednak spojrzenie na Niego i Jego miłość pozwala mi odłożyć ciężar. Ciężar niegodności, złamania na duchu, przygniecenia własną winą zostaje zwyciężony pełnym dobroci i miłosierdzia spojrzeniem Jezusa. O tym mówi Izajasz: „Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy”. Mój grzech, moja słabość, niemoc przestaje być tym, co dominuje w spojrzeniu na siebie samego. Kiedy patrzę na Jezusa, wówczas widzę więcej niż pozwala mi na to ciasna cysterna. Mimo, że grzech będzie mnie dopadał dalej, ja w Nim znajduję siłę, aby iść dalej.

Jezus mówi, że przyszedł, aby rzucić ogień na ziemię. Jezus nie tylko chce wydobyć z błota, On chce żeby moje życie miał w sobie ogień. Nie tylko, żeby jakoś przeżyć, ale żeby żyć w pełni. Patrzmy na Jezusa, żeby mieć w sobie ogień, ogień Ducha Świętego. Moje życie mimo doświadczenia zanurzenia w błocie może być pełne Bożego ognia. Doświadczam tego. Doświadczam własnej słabości, a zarazem doświadczam pasji życia, bycia księdzem, uczestniczenia w wielkich dziełach Bożych. Bo kiedy patrzę na Jezusa wszystko jest możliwe. Tak jak Piotr mógł iść po wodzie, dopóki patrzył się na Jezusa.

Dziecko

Kilka dni temu podczas spowiedzi ktoś powiedział tak: „Wie ksiądz, zastanawiam się nad tym jak to będzie jak już stanę przed Nim. I co ja wtedy ze sobą przyniosę? Z czym do Niego przyjdę?” Do głowy przyszła mi tylko jedna odpowiedź. On jest Ojcem, dobrym Ojcem. Ja, człowiek, będąc duchowym ojcem potrafię się cieszyć kiedy przychodzi do mnie moje dziecko. Cieszę się z samego faktu, że jest. Nawet kiedy między nami są jakieś trudne momenty, to i tak mam radość kiedy jest obok. Skoro ja tak mam, to o ile bardziej musi się nami cieszyć Ojciec-Bóg. Nie, Bóg nie czeka na to, co Mu przyniesiemy. Nie, nie musimy przychodzić do Niego z czymś. Bóg czeka na nas. Jemu zależy tylko i wyłącznie na nas. On będzie miał radość z tego, że przychodzimy, że jesteśmy. Bo On nas kocha. A dla tego, który kocha wystarczy ten, którego kocha. Więcej nie trzeba. Mój chrześniak miał kiedyś taką fazę, że zawsze jak się przychodziło do niego, to pytał się: „Co mi przyniosłeś?”. Ale nawet jemu to przeszło. Bóg nie jest dzieciakiem, który od progu woła: „Co mi przyniosłeś?”. Bóg jest Ojcem, który wybiega przed próg, żeby rzucić się na szyję, uściskać, ucałować i wykrzyczeć z radości: „Jak to dobrze, że przyszedłeś! Cieszę się, że jesteś!” To On wyprawi nam ucztę, obdaruje. Słowo Boże mówi jasno: „Na tym polega miłość Boża, że nie myśmy pierwsi umiłowali Boga, ale On nas pierwszy umiłował”.

Tak właśnie czytam dzisiejsze słowa Jezusa: „Pozwólcie dzieciom przyjść do mnie!” Myślę szczególnie o ludziach młodych, o ludziach z pokręconą historią, o ludziach dotkniętych grzechem, słabością. Myślę o nich i czuję, że są właśnie tymi dziećmi, którym wielu zabrania przyjść do Jezusa. Bo są tacy, którzy mówią im, że mogą przyjść dopiero, kiedy będą mieli co przynieść, kiedy wykażą się dobrymi uczynkami, duchowymi osiągnięciami. A oni patrzą na siebie i widzą, że nic takiego nie mają. Więc nie przychodzą. Dają się zwieść błędnemu myśleniu, że nie są godni Bożej miłości, że Bóg nie ma dla nich miłości, dobrego słowa, gestów czułości. Ale to nie jest prawda. Jezus czeka na każdego. Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga, do których On mówi: „Przyjdźcie!”

Przypomina mi się autentyczna historia z Turcji, kiedy to do pracujących tam kapucynów przyszedł pewnego dnia młody muzułmanin i zaczął opowiadać o dziwnym śnie, w którym widział postać młodego mężczyzny w białej szacie z krzyżem w ręku. Kolejnego dnia przyszedł i opowiadał, że znów ten mężczyzna przyszedł w śnie, ale tym razem karmił go jakimiś białymi krążkami. Kiedy kapucyn pokazał mu komunikanty, tamten stwierdził, że to jest własnie to, co dawał mu ten mężczyzna. Stało się jasne: Jezus przyszedł do tego młodego muzułmanina i w mistyczny sposób karmił go Eucharystią. Ten młody muzułmanin też jest jednym z tych, o których Jezus mówi: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie!”. Taka jest właśnie miłość Boża. Dla Niego nie ma lepszych i gorszych. Dla Niego nie ma swoich i obcych. Na wszystkich patrzy jako na dzieci, które mogą do Niego przyjść.

Ale żeby pozwolić innym przyjść do Jezusa, jak dzieci, trzeba najpierw pozwolić sobie przyjść do Niego jak dziecko. On mówi to także do mnie: Łukasz, pozwól sobie być jak dziecko i przyjdź do Mnie jak dziecko. Tak, dopiero kiedy sam pozwolę sobie przyjść do Jezusa jak dziecko, wówczas będę pozwalał na to i innym. A taka jest moja misja jako kapłana: otwierać drogi do Jezusa. Robić wszystko, żeby ci, których On tak bardzo kocha mogli przychodzić do Niego. Nie zamykać, ale otwierać. Nie odpychać, ale przyprowadzać.

Przyjść do Niego jako dziecko, to przyjść w prostocie. To nie rozważać, czy ta modlitwa była dobra, czy nie była dobra. To nie myśleć o sobie w kategoriach: godny-niegodny. To nie myśleć, że muszę Mu się przypodobać. To nie robić jakichś dziwnych, sztucznych rzeczy pod płaszczykiem pobożności. To przestać się Go bać. To pozwolić sobie na szczerość przed Nim. Przychodzić takim jakim jestem i wierzyć, że takim mnie własnie przyjmuje z miłością.

Panie, moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym, co wielkie,
albo co przerasta moje siły.
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy.
Jak niemowlę u swej matki,
jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.
Izraelu, złóż w Panu nadzieję
odtąd i aż na wieki!  (Psalm 131)

Miriam

Miriam – Ją także mocno odkrywałem podczas tych wakacji. Prosta dziewczyna z Nazaretu. Dzisiaj świętujemy wniebowzięcie Miriam. Dwa tysiące lat później widzę finał Jej ziemskiego życia. Przy tej okazji myślę sobie o historii Miriam z Nazaretu. Nikt z Jej współczesnych nie mógł nawet pomyśleć o tym, że ta młoda dziewczyna, którą znają „tak skończy”. Pewnie sama nie miała o tym pojęcia. I to jest pierwsze, co mnie zachwyca: jestem dzisiaj w jakimś momencie mojej historii życia, ale mogę się nawet nie spodziewać jak wielkie rzeczy przygotował jeszcze dla mnie Bóg. Nikt z nas nie wie. Ale historia Miriam pokazuje jasno, jest prawdą to, co powiedział Jezus: Bóg chce dawać życie w obfitości, chce pełni dla każdego. Może dzisiaj nikt nas nie zauważa, może sami siebie nie zauważamy, bo wciąż patrzymy na siebie w ten sposób: a tamten to jest dopiero gość, coś osiągnął, coś robi fajnego, a ja to nic szczególnego… a tymczasem Bóg prowadzi i moją i Twoją historię. Tak, jesteśmy cenni w oczach Boga. Dla nas także On przewidział wielkie rzeczy. Wielkie, wcale nie oznacza spektakularne. Życie Miriam nie było spektakularne. Było proste. Przed i po zwiastowaniu prowadziła proste życie izraelskiej dziewczyny, kobiety, matki, żony, przyjaciółki, sąsiadki, krewnej. Ale było to życie otwarte na Bożą obecność. Powiedziała Bogu „tak”, a On wypełnił Jej proste życie swoją łaską. „Pełna łaski, Pan z Tobą!”

Kiedy czytam Ewangelię z dzisiejszej uroczystości urzeka mnie prostota tej sceny. Miriam zaraz po zwiastowaniu biegnie do swojej krewnej. Zwyczajne pozdrowienie, prosty gest codzienności, a jednak Duch Święty napełnia cały dom. Wszyscy doświadczają radości, odczuwają Bożą obecność, uwielbiają Pana. Proste życie Miriam staje się przestrzenią Bożej obecności. Wielkie rzeczy, za które oddaje Bogu chwałę, dokonują się w prostocie Jej życia. To jest Jej droga do wniebowzięcia.

Pierwsze czytanie mówi dzisiaj o Niewieście, która jest wielkim znakiem na Niebie. Miriam Wniebowzięta jest dla nas znakiem, że nasza historia jest przewidziana przez Boga jako święta. Jest zaproszeniem, aby wejść w prostotę życia codziennego i pozwolić wypełnić ją Bożą obecnością. Jest znakiem, który wskazuje, że proste życie z Bogiem prowadzi do Nieba. Moja i Twoja codzienność ma sens. Nie musi być spektakularna, ale może być przestrzenią, w której Bóg będzie dokonywał wielkich rzeczy. To jest droga do Nieba na wzór drogi Miriam.

W wakacje byłem w kilku maryjnych sanktuariach i w Loreto, i w Pompejach, i Bazylice Matki Bożej Większej w Rzymie. Byłem dwa i pół dnia na pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Piękne miejsca i dobre doświadczenia. Ale i tak z tego czasu najbardziej wyniosłem doświadczenie piękna prostej modlitwy różańcowej, którą codziennie starałem się modlić z Konradem, z Justyną. Odkryłem, że wystarczy mi mój prosty sznurkowy różaniec zrobiony przez Ewę. Pokochałem wspólną modlitwę różańcową. Doświadczam w niej właśnie dzisiejszej Ewangelii: prostota, w której Miriam przychodzi z Jezusem. Razem wchodzimy w Bożą obecność. Nie, to nie są mistyczne doznania. To jest modlitwa, która tworzy przestrzeń, jak przestrzeń domu Elżbiety i Zachariasza w Ain Karim. Wierzę, że Bóg wypełnia tę przestrzeń.

Używam imienia Miriam, bo tak nazywali ją bliscy, sąsiedzi, znajomi. To Jej imię. Jest piękne. Dzisiaj odkrywam Ją jako moją Miriam, która przychodzi w prostocie.

Via

Wszystkie drogi prowadzą do… Rzymu? Patrząc na znaki drogowe we Włoszech można odnieść wrażenie, że tak faktycznie jest. Jednak mój trzytygodniowy pobyt w Italii zaowocował głębokim przekonaniem, że wszystkie drogi prowadzą do… Jezusa.

Pierwsze dwa tygodnie spędziłem w Rzymie, potem ruszyliśmy na szlak wiodący przez Bolsenę, Orvieto, Asyż, Loreto, Lanciano, Manopello, San Giovanni Rotondo, Pompeje, Monte Casino. Główne bazyliki i sanktuaria stawały się kolejnymi stacjami pielgrzymowania. Miałem łaskę być w najważniejszych miejscach, dotykać niesamowitych świadków naszej wiary. W każdym miejscu najważniejszym momentem była jednak Eucharystia.

W rzymskiej bazylice Krzyża Świętego przez kilka minut modliłem się przed relikwiami Drzewa Krzyża, korony cierniowej, gwoździa z Krzyża. Nie jest ważne co kto uważa o tych relikwiach, o ich autentyczności. Kiedy byłem przed nimi, nie kontemplowałem ani gwoździa, ani drewna, ani cierni. One były po to, żeby na nowo uświadomić mi jedno: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał…”, i że „nie ma większej miłości niż ta, gdy ktoś życie swoje daje za przyjaciół”. Kontemplowałem miłość Boga do człowieka, do mnie. Te relikwie prowadziły mnie do Jezusa i Jego miłości, której największym wyrazem był Krzyż. A obok nich była jeszcze belka, która ponoć jest belką z krzyża Dobrego Łotra. Spojrzałem na nią i też wcale nie zastanawiałem się czy prawdziwa, czy nie. Pierwsza, co się we mnie zrodziło wówczas, to… nadzieja. Obok relikwii Krzyża belka Dobrego Łotra. Wymowne. Dzięki miłości Jezusa, dzięki Jego ofierze, jest dla mnie nadzieja, jak dla tamtego łotra. Jezus jest blisko grzesznika. Dzielą ten sam relikwiarz. Potem sprawowaliśmy w tej bazylice Eucharystię. Już nie potrzeba było wpatrywać się w gwoździe, ciernie i kawałki drewna. To misterium Bożej miłości, o którym myślałem przed relikwiami teraz stawało się na nowo rzeczywistością. „To jest Ciało Moje za was wydane… to jest Krew Moja za was wylana…”. Tu i teraz, ta sama miłość, ta sama tajemnica… na żywo.

W Bolsenie byliśmy w kościele, w którym 750 lat temu wydarzył się cud Eucharystyczny. W Manopello wpatrywaliśmy się chustę, na której znajduje się cudowny wizerunek oblicza Jezusa. W Lanciano byliśmy tuż przed relikwiarzem, w którym jest przechowywane Ciało i Krew Jezusa. Chleb, który w rękach kapłana stał się namacalnie Ciałem i wino, które stało się namacalnie Krwią. To stwierdzone naukowo, że tak właśnie jest. Raz do roku  zakrzepłe grudki Krwi Jezusa stają się płynne. Kiedy spytałem się o możliwość sprawowania Eucharystii w sanktuarium w Lanciano, franciszkański staruszek zaprowadził nas do kaplicy, w której ów cud się wydarzył i tam mogliśmy ją celebrować. Nie 750 lat temu, nie raz do roku, ale właśnie w tym momencie kiedy wyciągałem ręce nad chlebem i winem i przyzywałem Ducha Świętego, wówczas stawał się największy cud… cud Eucharystyczny: prawdziwe Ciało i prawdziwa Krew Jezusa. Bóg ciągle mi uświadamiał: nie chodzi o wpatrywanie się w relikwiarze. One są jak znaki drogowe, które mają wskazywać jedną drogę: do Jezusa ukrytego w Eucharystii. Tu nie wpatruje się w chustę na której jest wizerunek Jego oblicza. Tu wpatruję się w Jego prawdziwe oblicze: podnoszę tuż po powiedzeniu „To jest Ciało Moje” i trzymam w górze, abyśmy mogli się w Niego wpatrywać. Potem przed Komunią trzymam Go na swoich dłoniach i patrzę w milczeniu w to Oblicze, które jest Obliczem pełnym miłości. Tak, On ma niezmienne rysy twarzy: miłość. To samo spojrzenie miłości z chusty w Manopello i to samo spojrzenie miłości z Eucharystii. Tam wizerunek, tu żywe spojrzenie. Manopello nabiera sensu w Eucharystii.

Wrócę jeszcze na chwilę do naszej kaplicy w Lanciano. Wydaje się niesamowite sprawować Eucharystię tam, gdzie kiedyś dokonał się cud Eucharystyczny. A ja uświadamiałem sobie wówczas, że on dokonał się tam podczas Eucharystii, która jest codziennie sprawowana w przeróżnych miejscach. Ta pierwsza miała miejsce w Wieczerniku, w którym dzisiaj nikt nie może sprawować Eucharystii. Jest w tym Boża pedagogia: nie celebrujemy miejsc, choćby były one najświętsze. Nie o bazyliki chodzi, sanktuaria, miejsca cudów. Chodzi o Niego. Chodzi o to, żeby gromadził się żywy Kościół, w którym staje się obecny żywy Jezus. „Ani na tej górze, ani w Jerozolimie… Bóg odbiera chwałę w Duchu i prawdzie”. Bóg się nie przypisał do miejsca, przypisał się do ludzi, którzy są wspólnotą żywego Kościoła. Przez ostatni tydzień podróżowaliśmy we trójkę razem z Konradem i Justyną. W Asyżu, po wizycie w Bolsenie sprawowaliśmy Eucharystię na kempingu. W Bolsenie nie mogliśmy, bo była sjesta. Naszym ołtarzem były dwie walizki ustawione na siebie. To była bardzo ważna Eucharystia. Miasto św. Franciszka, miejsce wzywające do pokoju i jedności. Tego wieczoru tak bardzo nam było potrzeba Jego pokoju i odnowienia jedności między nami. „Pokój Pański niech zawsze będzie z wami… przekażcie sobie znak pokoju”. Jezus dał nam to doświadczenie właśnie w Eucharystii. W Pompejach doświadczyliśmy jeszcze mocniej, że cud Eucharystyczny może wydarzyć się wszędzie. Nas troje w małym namiocie tworzących wspólnotę Kościoła i On pośród nas. Nasze doświadczenie prawdziwego Namiotu Spotkania. Ten sam, co w Lanciano, w Bolsenie, w Bazylice św. Piotra, w tysiącach miejsc na świecie. Ten, który przychodził do pierwszych chrześcijan gromadzących się po domach, w katakumbach… przyszedł do nas w namiocie. Nie, nie przyszedł do namiotu, tak jak nie przychodzi do bazylik. Przyszedł do nas, którzy tego wieczoru mogliśmy Go zaprosić tylko w tym miejscu i tu tworzyliśmy wspólnotę Kościoła.

Tego dnia, kiedy celebrowaliśmy Eucharystię w Lanciano Kościół czytał Ewangelię o Janie Chrzcicielu. Herod usłyszał o Jezusie i myślał, że to Jan, którego wcześniej kazał ściąć. Herod mógł spotkać Jezusa, ale szukał cudowności. Jan zaś mówił jasno: ja mam się umniejszać, aby Jezus mógł wzrastać. Nie wskazywał na siebie, ale wskazał prawdziwego Mesjasza, Baranka Bożego. Taka jest rola Kościoła, świętych, których relikwie nawiedzaliśmy, wszystkich miejsc, w których byliśmy, moja rola jako księdza: prowadzić do Jezusa. Popełnilibyśmy błąd Heroda, gdybyśmy chcieli skupić się na Kościele, na świętych, na cudach, na relikwiach, na ludziach Kościoła, a nie widzieli w tym wszystkim znaków wskazujących i prowadzących do Jezusa. „Ja jestem Drogą” – mówi Jezus, a naszym zadaniem jako Kościoła jest prostować, przygotowywać ludzkie drogi dla Pana.

Te trzy tygodnie przyniosły spory materiał do przemyśleń, więc będę do tego wracał w kolejnych wpisach.