Łukasz, Jerzy i Ada

luca

Jest taki obraz św. Łukasza, który do mnie przemawia najbardziej. Artur Wolfordt namalował go niesamowicie prosto. Gdyby nie pewne szczegóły wskazujące na Ewangelistę, to można by się wcale nie zorientować, że to portret ważnego świętego. I właśnie to mi się podoba w tym ujęciu. Łukasz jest na nim zwykłym facetem. Bez poświaty świętości, bez mistycznego wyrazu twarzy. Patrzę na łysiejącego mężczyznę, na którego twarzy rysuje się powoli starość i oznaki intensywnie przeżytego życia. Wydaje się być skromny, powściągliwy, ale całkiem sympatyczny. Patrzę i widzę człowieka, który żyje codziennością, niczym nie różni się od tych, których mijam na ulicy, a jednocześnie wiem, że jest to człowiek, który realizował niesamowite powołanie od Boga. Towarzysz Pawła podczas jego misyjnych podróży. Ewangelista, który pozostawił po sobie wyjątkowe dzieło życia – przepiękną księgę o życiu Jezusa Chrystusa i równie piękną księgę o życiu pierwotnego Kościoła.

POPIEUSZKO

Kiedy jestem w moim kościele parafialnym w Puławach, to lubię przyglądać się na obraz bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Patrzę na niego i myślę o księdzu, który był naprawdę najzwyklejszym księdzem na świecie. Nawet nie miał jakiejś wyjątkowej opinii w środowisku. Był słabego zdrowia, nie wyróżniał się niczym. Nie był płomiennym kaznodzieją, mimo, że później przychodziły tysiące, aby go słuchać. Ponoć w tamtym czasie byli księża, którzy zdecydowanie lepiej mówili kazania patriotyczne. Przeżywał swoje rozterki. Zmagał się z sytuacjami, z którymi sobie kompletnie nie radził. Zwykły ksiądz Jerzy. A jednak Bóg powierzył mu misję, która podniosła na duchu tysiące Polaków. Robił to, co uważał, że powinien robić jako ksiądz: być pośród ludzi, którzy właśnie tego potrzebowali. Siedział z nimi, rozmawiał, spowiadał, przyjmował w swoim mieszkaniu. Uczestniczył w trudnej prozie codziennego życia współczesnych mu ludzi. Mówił i świadczył przy tym, o tym, że tylko Ewangelia jest rozwiązaniem, że dobro zwycięża zło. Pozostawał jednak prostym księdzem Jerzym. Nie szukał też męczeństwa. Ono samo przyszło. On po prostu realizował misję, którą dał mu Bóg.

Ada

Wczoraj był pogrzeb 16-letniej Ady. Spotkałem ją na rekolekcjach szkolnych, które prowadziliśmy w gimnazjum w Poniatowej. Ada chodziła wtedy do 3 klasy. Pamiętam ją w chustce na głowie. Jedna z wielu uczniów tamtej szkoły, którzy byli na rekolekcjach. Zmagała się z nowotworem. Nie mogłem być na jej pogrzebie, więc odprawiłem Eucharystię w jej intencji dzień wcześniej. Już wtedy towarzyszyło mi głębokie przekonanie, że jedyne, co trzeba robić, to dziękować. Zrozumiałem, że skoro Bóg zaprasza mnie do dziękczynienia za życie Ady, to znaczy, że ona musi już być w niebie. Wczoraj wieczorem trafiłem na tekst jej świadectwa, które kiedyś napisała. Kiedy czytałem końcówkę, wiedziałem, że czytam świadectwo młodziutkiej świętej. Spotkałem świętą dziewczynę, która niczym się specjalnie nie wyróżniała w tamtym czasie, oprócz chustki na głowie. Święta z gimnazjum w Poniatowej.

„Teraz myślę, że moja choroba bardzo dużo zmieniła na plus. Bardzo zbliżyłam się z moją najlepszą przyjaciółką, którą zachęcałam do wyjścia z nałogu, w jakim wówczas była. Dzięki mojej chorobie przejrzała na oczy i zobaczyła, co jest tak naprawdę ważne w naszym życiu. Nie alkohol, nie narkotyki czy inne używki, tylko najważniejsze jest zdrowie. Dużo znajomych osób zmieniło się przez moją chorobę, a na pewno najbardziej zmieniłam się ja sama. Kiedyś byłam osobą, która lubiła ogniska, dyskoteki i dobrą zabawę. Dzisiaj wybieram rozmowę, spokój, spotkania z moimi bliskimi.

Moje leczenie trwa już pięć miesięcy, szybko to wszystko mija i cieszę się z tego powodu. Do tej pory zadaje sobie pytania: Dlaczego to wszystko spotyka tak młodych ludzi, nie ma na to jednak odpowiedzi. Dla każdego z nas Bóg przygotował – ja na to mówię: „sprawdzian” – ile w stanie jesteśmy unieść. Każdy z nas ma swój krzyż i go musi nieść. Może ktoś sobie pomyśleć: co piętnastolatka może wiedzieć o życiu, ale życie nauczyło mnie już sporo. Chciałabym żyć, jak każda normalna nastolatka. Nie siedzieć w szpitalu (…)

Wierzę, że Bóg potrafi podnieść nas z każdego „dołka”, tylko musimy to dostrzec i modlić się z całego serca o siłę dla nas. Ja modlę się cały czas o siłę dla mnie, ale i nie tylko dla mnie, ponieważ nie tylko ja tu jestem. Są tu jeszcze inne dzieci, które cierpią lak samo, jak ja i modle się za nie wszystkie. Wiem, że gdy się modlę, Bóg jest obok mnie, gdy płaczę, siedzi obok i wyciera moje łzy. Bóg nie jest jakimś wymysłem, Bóg jest żywy i jest wśród nas, i wszyscy spotkamy się z Nim tam na górze.

Moim życiowym mottem jest fragment z Ewangelii św. Mateusza 10-22: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” i tak będzie, walczymy i kiedyś zostaniemy za to zbawieni. Gdyby nie Jezus Chrystus, nie miałabym siły do dalszej walki z moją chorobą i może się ktoś śmiać, mnie to nie obchodzi, ale będę zawsze wielbić Pana i chcę iść z nim przez życie i głosić Jego słowo wszystkim, którzy są w jakiś sposób zagubieni w swoim życiu. Nie można się poddawać i warto walczyć z wszelkimi przeciwieństwami jakie spotykamy na swojej drodze. Chwała Panu!” (Ada)

Wczoraj w Ewangelii Jezus mówił o ziarnach gorczycy, z których wyrastają wielkie drzewa. Właśnie ci, zwykli ludzie są jak małe ziarna, z których Bóg czyni piękne, potężne drzewa Królestwa Bożego. W piątek, w Uroczystość Wszystkich Świętych będę wspominał i Łukasza, i Jerzego i Adę.

Znowu dał się dotknąć.

Wczoraj znowu złamaliśmy z Jezusem pewne konwenanse. Wziąłem Go z tabernakulum, wsiadłem z Nim do samochodu i pojechaliśmy do ośrodka socjoterapii, do młodych – tych z pogranicza marginesu. Zaprowadzono nas do sali gimnastycznej gdzieś w piwnicy budynku. Na środku stał mały stolik, przed nim ze dwie ławki do siedzenia. Prosto, bardzo prosto, wręcz surowo. Pięknie. Przyszło kilka osób. Nie wiedzieli za bardzo jak się zachowywać. To nie jest dla nich norma bywać na adoracjach. Mimo to, czułem luz. Jezus po prostu był z nimi, pośród nich. Pod koniec, przed błogosławieństwem każdy z nich mógł się Go dotknąć, wziąć w swoje ręce na chwilkę. Tak, znowu Jezus wylądował w rękach ludzi. Ale przekonała mnie o tym, żeby tak zrobić, Ewangelia o grzesznicy, która wpadła do domu pobożnego faryzeusza i zaczęła ocierać nogi Jezusa swoimi włosami. I ci pobożni faryzeusze w wielkim szoku mówili: Gdyby On wiedział, kim ona jest, to nie pozwalałby się jej dotknąć. A On im pokazał, że jest wręcz przeciwnie. Usłyszałem tę Ewangelię jakieś dwie godziny wcześniej, na spotkaniu oazowym. Wczoraj pośród nas był ten sam Jezus. Nie podejrzewam więc, żeby nagle po dwóch tysiącach lat zmieniło Mu się myślenie i przestał lubić, kiedy dotykają się go „ci z marginesu”. Myślę, że Jezus nie sporządniał od tamtej pory.

Wcześniej kiedy myślałem o tej adoracji, przychodziły mi do głowy te miejsca w Ewangelii, w których Jezus przychodził do domów i zasiadał za stołem z różnymi ludźmi, na których inni patrzyli krzywo i dziwili się, że On chce się zadawać z takimi typami. A Jezus chciał. Przychodził do nich i był z nimi. Tutaj też chciał być. I jestem przekonany, że wcale nie chodziło o jakąś pobożną adorację, z pobożnymi elementami… coś tam się staraliśmy zrobić pobożnego, ale tak naprawdę chodziło o jedno: On tam chciał z nimi być. Można byłoby mieć taką pokusę spytać się: Czy taka adoracja coś zmienia w ich życiu? Ewangelie nic nie mówią, że jak Jezus posiedział w jakimś domu z celnikami, grzesznikami za stołem, to jak wychodził, to całe towarzystwo wychodziło za Nim nawrócone. Chodziło o te dwie rzeczy: żeby On tam był, i żeby mogli się Go dotknąć. Bo mamy spełniać pragnienia Jezusa, a nie swoje – duszpasterskie pragnienia. Jezus mówi: Pragnę być z tymi najmniejszymi i ostatnimi. A my mówimy: pragniemy, żeby się nawrócili, zmienili swoje życie. Owszem, to byłoby piękne i bardzo dobre. Ale nawet jeśli nie ma takich doraźnych owoców, to i tak mamy tam iść z Jezusem. Bo On chce być pośród tych, których kocha. Chodzi o miłość, a nie o efekty duszpasterskie. Parafrazując św. Pawła: gdybym nawrócił tysiące osób, a miłości bym nie miał, to nic bym nie zyskał. To nie oni mają nawrócić się jako pierwsi, ale to my mamy się nawrócić ze swoich pragnień duszpasterskich na pragnienia Jezusa.