Dać się zaskoczyć

Miałem sobie ułożyć jakiś program na zaczynający się Adwent. Miało być, że bez fejsa, i takie tam. Ale uświadomiłem sobie, że najlepszym programem na Adwent jest po prostu otwartość na Boże zaskoczenie. To jest czas, w którym czekamy na to, co niespodziewane. To, do czego zaprasza nas Bóg, to czuwać w otwartości na Jego przyjście. Nie mając jednocześnie pojęcia w jaki sposób się ono dokona.

Pierwsza część Adwentu jest przeżywana w duchu oczekiwania na powtórne przyjście Jezusa. Wołamy „Marana Tha”. Ale nie wiemy kiedy i jak przyjdzie. Wyrażamy nasze pragnienie, oczekiwanie, a tym samym zgadzamy się, żeby nas tym zaskoczył.

Podobnie jest z drugą częścią tego okresu. Przygotowujemy się do przeżywania tajemnicy wydarzenia, które doskonale znamy, bo jest historyczne, przeżywane co roku. Wydaje się, że tutaj trudniej o element zaskoczenia. Jednak tajemnica Bożego Narodzenia jak najbardziej wiąże się z Bożym zaskoczeniem. Sam pomysł Boga na to, żeby stać się człowiekiem przekraczał zdecydowanie żydowskie myślenie na Jego temat. To nie było do przyjęcia. Czas rozwiązania zastał Maryję i Józefa w drodze, poza domem. To nie było zaplanowane. Wiązało się z tym napięcie, nagła potrzeba szukania miejsca na poród. Mieszkańcy Betlejem wcale nie byli otwarci na taką niespodziankę. Nikt w mieście ich nie przyjął. Trzeba było pójść tam, gdzie było miejsce. I tu coś niesamowitego, może nawet gorszącego dla niektórych: Syn Boży rodzi się w jakiejś grocie pasterskiej. Liturgiści powiedzieliby dzisiaj, że to strasznie niegodne nadużycie. Bóg zaskoczył wszystkich! Takiego miejsca dla Boga nikt by nie oczekiwał.

Również sama osoba Maryi, która prowadzi nas przez cały okres Adwentu jest dla mnie najlepszym świadkiem otwarcia na to, co niespodziewane. Młoda dziewczyna miała zapewne swoje plany na życie, zbliżał się ślub z Józefem, bliska perspektywa rodziny, domu, dzieci. I nagle wchodzi w to Bóg, który mówi: Będziesz matką Syna Bożego i poczniesz go za sprawą Ducha Świętego. Wszystko wywraca się do góry nogami. Józef miał prawo być zgorszony, po ludzku nie miał szans tego zrozumieć. A jednak Maryja mówi: Niech mi się stanie według słowa Twego. Co za szaleństwo!

Co w związku z moim Adwentem 2013? No właśnie to, że staję na jego początku i nie wiem kiedy i jak będzie przychodził do mnie Jezus. Ewangelia, która mnie wprowadza w ten czas mówi jasno: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie„. Z jednej strony jest pewne, że Bóg zaskakuje. A z drugiej strony wzywa do czuwania. Czy to czuwanie ma zlikwidować efekt zaskoczenia? Ależ skąd. Ono ma sprawić, że przyjmę to, w jak zaskakujący sposób przyjdzie Bóg. Czuwać znaczy być otwartym na to, co Boże. Nie mieć wcale tego pod kontrolą, ale wejść w to.

Jezus mówi, że przyjdzie jak Złodziej. Już samo porównanie mnie rusza. Jezus-Złodziej? Mocne. On przychodzi mnie okraść. I zapowiada to: Chcę przyjść, żeby zabrać ci, twoje wypracowane schematy; twoje zabezpieczenia, także te pobożne; twój święty spokój; twoje przekonanie, że wiesz jak ma być; twoje ideały. Jezus jest świadomy, że naturalną reakcją gospodarza jest nie pozwolić na to. I to jest niebezpieczeństwo. Nie facebook, czy inna pierdoła może mi przeszkodzić dobrze przeżyć ten Adwent. Moje zamknięcie się w tym, co moje, obwarowanie swojego życia, zabezpieczenie się przed Złodziejem może sprawić, że całe to czuwanie pójdzie na marne. Bo nie mam czuwać, żeby nie dać wejść Złodziejowi, ale czuwać, żeby w odpowiednim momencie otworzyć Mu okno, drzwi. Chcę zrobić w swoim życiu to, co o Kościele kiedyś powiedział bł. Jan XXIII: Trzeba otworzyć tu okno.

Od kilku dni doświadczam, jak Jezus przychodzi do mnie wieczór po wieczorze przy blasku menory. To kiedyś było dla nie do pomyślenia. Pierwszy bym walczył z takim czymś. A dzisiaj doświadczam, że On przychodzi do katolickiego księdza podczas żydowskiego święta Chanuki. Musiał mi coś ukraść, żebym mógł dzisiaj być otwarty na to doświadczenie. Gdyby mi nie ukradł, to byłbym biedny.

Bóg zaprasza mnie, żeby dać się okraść, po to, żeby stać się bogatszym. Dać się okraść z moich racji i schematów, aby stać się bogatszym w Boże niespodziewane przyjścia. Jezus mówi, żeby być gotowym, bo On przyjdzie w chwili, której się nie domyślam. Dla mnie to oznacza, że muszę być gotowym, żeby w odpowiednim momencie odpuścić to, co moje, to co jest moim domysłem, wymysłem na temat tego, jak On może, a jak nie może przychodzić. I po prostu pozwolić Mu przyjść tak, jak On chce. Nawet jeśli to wywraca to, co było dotychczas.

Mój program na ten Adwent (i nie tylko) to otwartość na Boga, który przychodzi po swojemu, inaczej, zaskakująco.

Chanuka

Mój znajomy, Dawid, uświadomił mi, że moi bracia Żydzi obchodzą dzisiaj Chanukę – Święto Światła. Upamiętnia ono zwycięstwo Judy Machabeusza nad wojskami Antiocha Epifanesa. Jego efektem było odbicie Jerozolimy, odzyskanie Świątyni, oczyszczenie jej i przywrócenie tam kultu. W Świątyni zna­leziono jednak tylko jedno naczynie z czystą oliwą, niezbędną do podtrzymywania wiecznego ognia w menorach. Pomimo to zapalono świeczniki i wówczas zdarzył się cud. Oliwy było zaledwie na dzień, a światło płonęło przez osiem dni, akurat tyle czasu, by Żydzi zdołali wytłoczyć świeżą oliwę. Chanuka upamiętnia ten cud.

Dla mnie, chrześcijanina, to bardzo piękne święto, z bardzo głębokim i aktualnym przesłaniem. Słowo Boże mówi, że każdy z nas jest Świątynią Bożą, w której Bóg chce odbierać chwałę. Moje życie jest przestrzenią uwielbienia Boga. Niestety moja grzeszność sprawia, że ta Świątynia jest bezczeszczona. Ale jest nowy Juda Machabeusz – Jezus Chrystus, który zwyciężył „korzeń wszelkiego grzechu” (tak Żydzi nazywali króla Epifanesa). Co więcej decydujące zwycięstwo Judy dokonało się pod Emaus. Dla nas, chrześcijan, Emaus kojarzy się jednoznacznie ze spotkanie ze Zmartwychwstałym Chrystusem. Decydujące zwycięstwo dokonało się w Jego Zmartwychwstaniu.

Jezus powie o sobie samym: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia”. Św. Jan Apostoł na początku swojej Ewangelii napisze o Nim tak: „W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”. Tak, jak cudownie nie gasło światło w Świątyni Jerozolimskiej, tak właśnie ta Światłość, którą jest Jezus nigdy nie zgaśnie. Tylko ta Światłość ma moc panować nad każdym mrokiem mojego życia. Tylko ta Światłość daje światło życia.

Ale i do swoich uczniów Jezus powie: „Wy jesteście światłem świata. Nie zapala się lampy i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak więc niech wasze światło świeci przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre czyny i chwalili Ojca, który jest w niebie”. Osiem świec chanukowych przypomina, że to my, wspólnota ludzi wierzących jesteśmy powołani do bycia światłem dla dzisiejszego świata. Mamy wnosić światło wiary, nadziei i miłości. Jesteśmy mali, ułomni, słabi, tak jak niewystarczający był jeden dzban oliwy, żeby podtrzymać światło w Świątyni Jerozolimskiej. Ale ono nie świeciło swoją mocą, swoim światłem. Bóg podtrzymywał jego blask.

Żydzi świętując Chanukę każdego dnia zapalają kolejną z ośmiu świec. Chanukowych świec nie zapala się jednej od drugiej, do tego celu służy specjalna dziewiąta świeca, zwana szames. Za każdym razem wypo­wiadane są następujące słowa: „Są to święte światła, nie możemy korzystać z nich, tylko wpatrywać się w nie i składać dzięki Imieniu za cuda i pomoc”. I tak jest z nami. Tylko Bóg może podtrzymać w nas żywy płomień, blask światła, jak zrobił to w swojej Świątyni. Nie zapalamy światła od nas samych. Potrzebujemy tej świecy „szames”, którą jest Jezus Chrystus – Światłość Świata. Tylko On może zapalić w człowieku prawdziwe światło.

Dlatego łącząc się dzisiaj z moimi braćmi w świętowaniu Chanuki, myślami biegnę do najważniejszego dla nas, chrześcijan, święta jakim jest Wigilia Paschalna, kiedy zapala się Paschał – wielką święcę symbolizującą Zmartwychwstałego Chrystusa. A cały Kościół wyśpiewuje pieśń uwielbienia, w której między innymi tak się modli:

„Jest to zatem ta noc, która światłem ognistego słupa rozproszyła ciemności grzechu, a teraz ta sama noc uwalnia wszystkich wierzących w Chrystusa na całej ziemi od zepsucia pogańskiego życia i od mroku grzechów, do łaski przywraca i gromadzi w społeczności świętych. (…) O tej to nocy napisano: a noc jako dzień zajaśnieje, oraz: noc będzie mi światłem i radością. Uświęcająca siła tej nocy oddala zbrodnie, z przewin obmywa, przywraca niewinność upadłym, a radość smutnym, rozprasza nienawiść, usposabia do zgody i ugina potęgi. W tę noc pełną łaski przyjmij, Ojcze Święty, wieczorną ofiarę uwielbienia, którą Ci składa Kościół święty, uroczyście ofiarując przez ręce swoich sług tę świecę, owoc pracy pszczelego roju. Znamy już wymowę tej woskowej kolumny, którą na chwałę Boga zapalił jasny płomień. Chociaż dzieli się on użyczając światła, nie doznaje jednak uszczerbku, żywi się bowiem strugami wosku, który dla utworzenia tej cennej pochodni wydała pracowita pszczoła. O, zaiste błogosławiona noc, w której się łączy niebo z ziemią, sprawy boskie ze sprawami ludzkimi. Prosimy Cię przeto, Panie, niech ta świeca poświęcona na chwałę Twojego imienia nieustannie płonie, aby rozproszyć mrok tej nocy. Przyjęta przez Ciebie jako woń przyjemna, niechaj się złączy ze światłami nieba. Niech ta świeca płonie, gdy wzejdzie słońce nie znające zachodu: Jezus Chrystus, Twój Syn Zmartwychwstały, który oświeca ludzkość swoim światłem i z Tobą żyje i króluje na wieki wieków”. (Exsultet)

Kiedyś dostałem od moich przyjaciół piękną menorę. Dzisiaj solidarnie z moimi braćmi zapalam w niej chanukowe światło, a jednocześnie dziękuję Bogu za Światłość świata, którą jest Jezus Chrystus. Oby w życiu każdego z nas, naszych rodzin, wspólnot, środowisk było jak najwięcej Bożego światła.

Dobry!

Było ich dziesięciu. Trąd zabijał powoli ich ciała, wykluczył ich ze społeczeństwa, odebrał nadzieję pogrążając w rozpaczy, ludzie mówili im, że są przeklęci przez Boga. Tych dziesięciu ludzi nosi w sobie każde możliwe doświadczenie cierpienia – fizyczne, psychiczne, społeczne, duchowe. W ten sposób każdy może się w nich odnaleźć ze swoją osobistą słabością. To, co miażdży Ciebie, także zmiażdżyło ich, choć szczegóły mogą się nieco różnić.

Na ich drodze stanął Jezus. I to był przełomowy moment. Kazał im pójść pokazać się kapłanom. Nikt im wcześniej nie mówił, żeby poszli do innych ludzi. Oni mieli się trzymać już na zawsze z daleka. Jezus przychodzi do ludzi dotkniętych słabością i wprawia ich życie na nowo w ruch, wyznacza nowe cele, powołuje i posyła. Jakby całkowicie nie wiedział, że z takich ludzi już nic nie będzie, że ich trzeba odstawić na bok, zrezygnować z nich. On robi coś całkowicie przeciwnego. Mówi: „Idźcie, pokażcie się…” Tak, właśnie wy. Miłość Boga, dla której nikt, ale to kompletnie nikt, nie jest stracony. Każdy słaby, połamany, w taki czy inny sposób trędowaty ma w oczach Jezusa wartość, ma swoje powołanie, misję. Na Jego słowo poszli. I zostali uzdrowieni. W drodze. To istotny szczegół: Jezus nie posłał ich uzdrowionych. Musieli wyjść trędowaci, słabi. Łaska Boża przemieniła ich w drodze. Jezus nie wybiera, nie powołuje mocarzy. Ani do kapłaństwa, ani do małżeństwa, ani do żadnej innej misji nie wybiera mocnych. Seminaria są pełne trędowatych, kościoły są pełne trędowatych, domy są pełne trędowatych, cały Kościół jest pełen trędowatych. „Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”, tych którzy się źle mają. Moja ulubiona prefacja, o męczennikach, chwali Boga słowami: „Ty sprawiasz, że moc w słabości się doskonali i umacniasz słabych ludzi do złożenia świadectwa wierze„.

Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony...” Jeden zobaczył dobro, które właśnie dokonało się w jego życiu. Dostrzegł dobro i wrócił chwaląc Boga. Bo wiedział, że ono pochodzi od Tego, który jest Dobry. Ten jeden, mimo chorego ciała, miał zdrowe serce, które było wrażliwe na dobro. Dzięki temu w nim dokonało się więcej niż w pozostałych dziewięciu. Dostrzeżone dobro zrodziło wdzięczność, a ta przyprowadziła go z powrotem do Jezusa, który wypowiada ciekawe słowa: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła„. On już raz poszedł, już przecież został uzdrowiony. Jaka wiara uzdrowiła tego człowieka? Wiara w to, że Bóg jest Dobry. Jego serce w całej tej beznadziejnej sytuacji, w której się znajdował utrzymywało wiarę w to, że Bóg jest Dobry. W jego historii naznaczonej trądem Bóg pozostawał Dobry i on w to musiał wierzyć, skoro usłyszał, że wiara go uzdrowiła. Uzdrowiła nie jego ciało, ale serce. Zachowała serce od trądu zwątpienia w dobroć Boga. Ciało uzdrowił Jezus, a serce ocalało dzięki tej wierze. To serce przyprowadziło go bliżej Jezusa.

Pierwsze uzdrowienie wszystkich dziesięciu dokonało się z oddali: „Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”. On teraz przychodzi do samych stóp Jezusa: „wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu”. Można być powołanym, posłanym, ale być w oddali od Jezusa, na dystans. Ale kiedy ma się w sercu wiarę, że On jest Dobry, i widzi się to dobro, jest się na nie wrażliwym w swoim życiu, w życiu drugiego człowieka; kiedy jest się wdzięcznym za to, że On jest i chce być Dobry dla każdego i zawsze, to wtedy jest się blisko. I to jest to właściwe uzdrowienie, o którym mówi Jezus. Uzdrowienie do bliskiej relacji z Bogiem. Tego potrzebuje każdy człowiek w Kościele, każdy ksiądz, siostra zakonna, małżonek… Uwierzyć, że Bóg jest Dobry i przyjść do Niego blisko. Wtedy dopiero następuje drugie posłanie: „Wstań, idź”. Teraz możesz prawdziwie iść i nieść Dobrą Nowinę.

Każda Eucharystia kończy się tym samym wezwaniem, które usłyszeli trędowaci: „Idźcie w pokoju Chrystusa!” Eucharystia, która oznacza Dziękczynienie. Przychodzę, ja, trędowaty, aby złożyć dziękczynienie Bogu, który jest Dobry. W jakimkolwiek jestem momencie życia.  „Za wszystko dziękujcie Bogu, taka jest bowiem wola Boża względem was w Jezusie Chrystusie„. Kiedy przyjdę na Eucharystię z wiarą, że w tym „wszystkim” Bóg jest Dobry i szczerze Mu za to podziękuję, to na koniec Eucharystii te słowa będą dotyczyły właśnie mnie: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Dlaczego Eucharystia nie przynosi owoców wśród wielu katolików? Bo te dysproporcje są nadal aktualne. Zbyt mało jest tych, którzy przychodzą z sercem uzdrowionym wiarą w Boga, który jest Dobry, widząc dobro, chwaląc Go za nie. Przychodzą, wołają, ale są daleko. To, co trzeba nam zrobić, to uwierzyć na nowo, albo po raz pierwszy, że On jest Dobry. I oddać Mu tym samym chwałę. A wydarzą się wielkie cuda.

https://www.youtube.com/watch?v=fySCFid8XIE

Zasiew żywej wiary

Pytają Jezusa o zmartwychwstanie. Próbują Go wpędzić w kozi róg, złapać na jakimś słowie. Dywagują. Saduceusze, faryzeusze, uczeni w Piśmie – pierwowzór tego, co ja określam mianem Ecclesia discutans – Kościoła ludzi uwielbiających dywagować, przyłapywać innych na jakichś niuansach liturgicznych, itp. A Jezus daje kapitalną odpowiedź na próby takiego podejścia do wiary: „Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych”. Jest Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba – Bogiem ludzi, a nie filozoficzno-teologicznych i prawniczych dysput. Jak powie św. Paweł: litera prawa jest martwa i potrafi zabijać, Duch daje życie.

Dzień Solidarności z Kościołem prześladowanym pokazuje mi gdzie jest serce Kościoła. Funkcją serca jest nieustannie pompować krew do całego organizmu. Dzięki temu całe ciało jest pobudzane do życia. „Krew męczenników jest zasiewem chrześcijan” (Tertulian). Kościół męczenników to miejsce życiodajne nie tylko tam, gdzie dokonują się prześladowania. To serce, które tłoczy świeżą krew do całego Ciała Chrystusa.

Kościół żyjący pośród prześladowań jest dla mnie najmocniejszym znakiem wiary. Świadectwa chrześcijan, którzy każdego dnia podejmują ryzyko wierności Jezusowi, budują moją osobistą wiarę, ale jednocześnie są dla mnie najmocniejszym rachunkiem sumienia i wezwaniem do nawrócenia. Właśnie w ten sposób rozumiem ich jako serce, które rozporwadza życie po całym Ciele. Są w tym Ciele miejsca dotknięte martwotą, skostniałe, zastygłe w przyzwyczajeniu, rutynie, gubiące istotę wiary, rozmieniające się na drobne. Kościół współczesnych męczenników jest zasiewem wiary, świeżej, żywej wiary.

Każda Eucharystia w takich miejscach jak Nigeria wiąże się z ryzykiem śmierci. Wiele razy chrześcijanie byli atakowani podczas liturgii. Podpalano, bombardowano świątynie razem z ludźmi, którzy się w nich znajdowali. Wierzący Nigeryjczyk idzie na Eucharystie mimo, że może to oznaczać śmierć. Jak do tego mają się pytania o to, czy chce mi się dzisiaj pójść do kościoła… Jestem przekonany, że podczas takiej Eucharystii liczy się to, co najważniejsze – spotkanie z Chrystusem. Czy kapłan rozłoży tak, czy inaczej ręce, czy będzie w takiej szacie, czy innej, i inne podobne „problemy” znikają wobec faktu, że ryzykuje się wszystko, żeby przyjść spotkać się z Nim. Przychodzi się dla Niego, tylko i wyłącznie.

Porusza mnie jeszcze jedno: prześladowani chrześcijanie walczą w swoich sercach o przebaczenie. To chyba jedno z najtrudniejszych wyzwań bycia uczniem Chrystusa. „Chrześcijanie odpowiadają na apele biskupów, żeby nie odwzajemniać przemocy i agresji” – mówił w Warszawie bp. Hiacynt Oroko Egbebo z Nigerii. To jest wezwanie do nawrócenia dla nas, chrześcijan z Polski, którzy tak łatwo poddajemy się wzajemnej agresji, nienawiści, przemocy słownej. Bo tamten jest z innej partii; bo ktoś ma inne spojrzenie na daną rzeczywistość; bo ktoś myśli i mówi inaczej… Wystarczy poczytać komentarze niektórych wojujących patriotów, katolików, chrześcijan, z których aż zionie nienawiść do drugiego człowieka. W imię sprawy można zniszczyć innego. A ci, którzy tracą swoje miejsca pracy, domy, bliskich, pokazują nam, że mimo to, nie można odwzajemniać przemocy i agresji. Można walczyć o przebaczenie, nawet w ekstremalnych warunkach.

Słyszę wielkie wołanie Kościoła prześladowanego: Nie przechodźcie obojętnie wobec naszej ofiary! Niech nasza krew, nasze cierpienie poruszy wasze serca, wstrząśnie sumieniem. Niech tchnie w was nowe życie wiarą. Wiarą, która objawia się w konkretach, a nie w deklaracjach. Wiarą, która nie jest filozoficzno-teologiczną dywagacją, ale byciem uczniem Chrystusa dzień po dniu. My dajemy swoje życie także dla was, abyście wy żyli autentycznie wiarą. Te słowa z niedzielnej Liturgii Słowa czytam właśnie jako wołanie Kościoła prześladowanego: „Bracia, módlcie się za nas, aby słowo Pańskie rozszerzało się i rozsławiało, podobnie jak to jest pośród was, abyśmy byli wybawieni od ludzi przewrotnych i złych, albowiem nie wszyscy mają wiarę„. Prośbę o wybawienie od ludzi przewrotnych i złych wcale nie czytam w kontekście prześladowców, ale tych wszystkich (siebie także), którzy są zdeklarowani jako wierzący, ale nie żyją tą wiarą na co dzień, nie żyją według wiary. Świadectwo męczenników jest dla nas szansą na wybawienie Kościoła od nas samych, którzy stajemy się prześladowcami autentycznej wiary poprzez naszą obłudę i przewrotność w wierze. Jest szansą na zasiew autentycznych uczniów Chrystusa.

Dziękuję Bogu za dar Kościoła prześladowanego. Odkrywam dlaczego od początku i do końca swego istnienia Kościół będzie doświadczał prześladowań. Bo Kościół musi mieć to serce, którego krew będzie poruszać do życia zdrętwiałe części Ciała. Bo „Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych”. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie, bo są błogosławieństwem dla całego Kościoła.

Zacheusz i ankieta Franciszka

„Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”. To jest misja Jezusa. A przez to także misja Kościoła. Kilka dni temu Jezus mówił: „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze”. Niedługo potem przeczytałem wypowiedź kardynała Hummes’a, emerytowanego prefekta Kongregacji ds. Duchowieństwa: „Jako Kościół winniśmy umieć słuchać i rozwiązywać wyzwania. Potrzeba ryzykować i iść na przód, jeżeli nie będziemy ryzykować, wówczas pobłądzimy”.

Jezus idzie przez Jerycho. Miasto, które przez wielu Żydów było omijane szerokim łukiem, ponieważ można było spotkać w jego okolicy Samarytan – tych znienawidzonych, gorszych, niegodnych, odrzuconych przez Żydów. Miasto ryzyka. Ryzyka zetknięcia się z tym, co niechciane, niewygodne. Jezus jednak idzie na przód. Podejmuje ryzyko wejścia tam, gdzie wielu nie wchodziło.

Jest w Jerychu człowiek, na którego widok wielu przechodziło na drugą stronę ulicy. Szef celników, typ spod ciemnej gwiazdy. Ewangelia nie przypadkowo podkreśla, że był niskiego wzrostu. Chociaż wielu się go bało ze względu na jego pozycję społeczną, to jednak w oczach ludzi był kimś „małym”, godnym pogardy, odepchniętym. A Jezus postanowił zatrzymać się właśnie w jego domu. Reszta szemrała i nie dowierzała, że ktoś taki jak Jezus może zatrzymać się w domu takiego kogoś jak Zacheusz.

W ostatnich dniach Papież Franciszek rozesłał ankietę do Kościoła na całym świecie, w której stawia pytania o trudne kwestie związane z aktualnymi problemami dotyczącymi rodziny, małżeństwa, związków partnerskich, konkubinatów, antykoncepcji, związków osób orientacji homoseksualnej, itp. Papież stawia tym samym mocne pytanie o miejsce tych wszystkich ludzi w Kościele i o to, co Kościół może dla nich zrobić. To jest pytanie, które wielu chciałoby omijać szerokim łukiem. Pytanie wysokiego ryzyka. A jeszcze większym ryzykiem jest stanąć wobec możliwych odpowiedzi. Jest wielkie ryzyko niezrozumienia przez wielu ludzi Kościoła. Ryzyko zgorszenia: Co ten Papież robi? Jak może wejść do domu grzeszników, usiąść z nimi do stołu i słuchać tego, co mają do powiedzenia? Czy on chce się sprzeniewierzyć zasadom?

Tymczasem to, co robi Franciszek jest jak najbardziej wierne Ewangelii. To jest misja Kościoła. Wyjść do współczesnych „miast ryzyka”, wejść do domów współczesnych osób, które jak Zacheusz są dla wielu ludzi, nawet ludzi Kościoła, persona non grata. To nie oznacza akceptacji grzechu. Jezus nie powiedział Zacheuszowi, że dobre jest to, co dotychczas robił. Pójść do Jerycha i wejść do domu Zacheusza, to dać jasne świadectwo miłości Boga do człowieka, każdego człowieka, w każdym jego doświadczeniu. To jest Dobra Nowina, o której mówi dzisiaj Księga Mądrości: „Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił„.

Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama„. O to chodzi. O to chodzi Jezusowi, i ot chodzi Kościołowi. Aby zbawienie stało się udziałem człowieka, każdego człowieka, który jest dzieckiem Bożym. I Kościół musi stawiać sobie pytanie, stawać przed wyzwaniem: Jak pomóc także tym dzieciom Bożym, które mają poważne problemy, aby zbawienie stało się ich udziałem? Nie może przekreślić nikogo, kto chce zobaczyć Jezusa, choćby jego życie było niesamowicie pokopane. Trzeba dostrzec każdego, kto wspina się na swoją sykomorę. Jest wielu, którzy chcieliby żyć w bliskości Jezusa, żyć w Kościele, ale z różnych przyczyn mają swoje trudności, komplikacje. Spotykam ich w różnych okolicznościach. To ludzie, którzy niejednokrotnie bardzo cierpią duchowo i mają wielkie pragnienie Boga. To są nasze owce, które poginęły ze stada, o których niejednokrotnie zapominamy. Zapominamy, że mamy po nie pójść i przynieść na nowo do Jezusa. Dobrze, że Franciszek przypomina całemu Kościołowi o tym, że żyją obok nas Zacheusze, że oprócz naszych Jerozolim są jeszcze Jerycha. I że musimy podjąć ryzyko i pójść do nich, wejść do ich domów, w ich rzeczywistość, słuchać i razem szukać zbawienia.  Jeśli tego nie będziemy robić, to pobłądzimy. Pobłądzimy, bo zejdziemy z drogi wyznaczonej przez Jezusa w Ewangelii.

Zuchwale wobec śmierci

ada1

Chociaż Kościół nie przewidział we wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych czytania o Dawidzie i Goliacie, to właśnie ta scena dla mnie najlepiej oddaje tajemnicę tego dnia. Młodziutki pasterz z procą w ręku staje naprzeciw niezwyciężonego wojownika uzbrojonego po zęby, dyszącego chęcią zabijania. Rzuca mu wyzwanie i z wielkim przekonaniem zapowiada klęskę przeciwnika. Zuchwały młokos.

Po głowie chodzą mi równie zuchwałe słowa św. Pawła: „Gdzież jest, o śmierci twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?” Śmierć – niepokonany Goliat, który drwi sobie z każdego przeciwnika. Ustępuje przed nim tak samo prosty człowiek, jak i wielcy tego świata. Odwiedzamy cmentarze i widzimy tych wszystkich, którzy polegli w tym pojedynku. Ale dzisiaj Słowo Boże zaprasza nas do tego, żeby stanąć przy grobach i zuchwale mówić: „Gdzież jest, o śmierci twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?” Wydaje się szaleństwem, skoro przed nami leżą ci, którzy umarli? „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie.” – mówi Jezus. Wierzę? Jeśli wierzę w to, co jest treścią jednej z dzisiejszych modlitw na początki Eucharystii: „Boże, Ty sprawiłeś, że Twój Syn zwyciężył śmierć”, to mogę stanąć i spojrzeć jej zuchwale w oczy. Jesteś pokonana, moja śmierci, śmierci moich bliskich, znajomych. Wydaje ci się, że zwycięstwo jest po twojej stronie, ale to my „jesteśmy przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam„.

Dzisiaj Kościół nie staje przy nas, żeby nam powiedzieć nostalgicznie jaka to smutna konieczność śmierci. Kościół ogłasza dzisiaj słowami św. Pawła: Zwycięstwo pochłonęło śmierć! Głosimy Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał. Nie śmierć jest treścią dzisiejszego wspomnienia, ale życie. Nie smutek, ale nadzieja. Patrzymy na światła zniczy i widzimy światło paschału, i słyszymy tę radosną pieśń Kościoła, która wybrzmiewa podczas Paschy: „Tej właśnie nocy Chrystus skruszywszy więzy śmierci, jako zwycięzca wyszedł z otchłani. Nic by nam przecież nie przyszło z daru życia, gdybyśmy nie zostali odkupieni” (Exsultet).

Kościół modli się dzisiaj: „daj wszystkim wiernym zmarłym udział w Jego zwycięstwie nad śmiercią”. Jak Dawid zuchwale staje dziś naprzeciwko Goliata śmierci i rzuca w jego stronę: „Dziś właśnie odda cię Pan w moją rękę, pokonam cię i utnę ci głowę. Ponieważ jest to wojna Pana.” Miejmy odwagę będąc na cmentarzach, modlić się tak za św. Pawłem: „Bogu niech będą dzięki za to, że dał nam odnieść zwycięstwo przez Pana naszego Jezusa Chrystusa”.

A ja zuchwale puszczam w Dzień Zaduszny
https://www.youtube.com/watch?v=CB6gekMCmsM

Niebo szeroko otwarte

Niebo jest szeroko otwarte. O tym jest dzisiejsze święto. O tym mówi św. Jan w Apokalipsie: „wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem”. Niebo jest dla wszystkich.

Czasami mamy pokusę patrzeć na Niebo jak na Mordor z Władcy Pierścieni – miejsce, gdzie zwykły śmiertelnik nie jest w stanie się przedrzeć, totalnie niedostępne. Zatrzymujemy się na obrazie z Księgi Rodzaju i widzimy dwóch aniołów z mieczami, którzy bronią wejścia. Słyszymy o ciasnej bramie i wąskiej drodze, i już na starcie czujemy, że to nie dla nas. A na dodatek we Wszystkich Świętych słyszymy, że błogosławieni, którzy płaczą, cierpią prześladowanie, ubodzy… oni posiądą Królestwo Boże. I może rodzić się pytanie: Czyżby Bóg mówił, że może i mamy szansę się dostać, ale drogo to nas będzie kosztowało, a On postara się, żeby zbyt łatwo nam nie poszło? To pokusa tak myśleć. Pokusa, która ma nam zabrać z serca, z myślenia, z codzienności perspektywę Nieba i świętości. Gdyby takie myślenie było prawdziwe, to na pewno przed tronem Baranka nie byłoby tłumu. Św. Jan opisywałby raczej wielkie pustki w Niebieskim Jeruzalem.

Jest taki cytat Alberta Einsteina, który jest dla mnie najlepszą definicją kim jest święty (choć autor wcale nie użył go w tym kontekście):

„Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić. I wtedy pojawia się ten jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to coś robi”.

To jest właśnie to: wszyscy wiedzą, że nie jest możliwe osiągnąć Niebo, być świętym, bo to, i bo tamto. Wielu „wierzących” chrześcijan tak myśli. Ale co chwilę pojawiają się ludzie, którzy po prostu to robią. I mówią nam: nie bądź frajer, nie daj sobie zabrać tego pragnienia.

Niebo jest naszym domem. NASZYM. Jezus mówi wyraźnie, że idzie do Ojca, aby przygotować nam mieszkanie, dom rodzinny. Dzieli się swoim pragnieniem, Bożym pragnieniem: „Abyście byli tam, gdzie Ja jestem”. Po to dzisiaj Kościół czyta nam słowa św. Jana: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: Zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Skoro mój Ojciec mieszka w Niebie, ja jestem Jego dzieckiem, to tam jest też mój dom. Ojciec, który nie zaminowuje krużganków, nie otacza domu płotem kolczastym pod wysokim napięciem, nie zastawia pułapek na drodze. Ojciec, który wychodzi, wybiega przed ten dom z otwartymi ramionami (jak w przypowieści o miłosiernym ojcu). On pokazuje, że ten dom jest otwarty jak Jego ramiona.

Jak się tam dostać? Apokalipsa odpowiada dzisiaj, że przychodzą tam ci, którzy, „opłukali swe szaty, i wybielili je we krwi Baranka”. Dlatego właśnie Niebo jest otwarte dla grzeszników. Dlatego świętość jest dla ludzi słabych. Jest dla ludzi, którzy tacy, jacy są przyszli do Jezusa i pozwolili się Mu poprowadzić. I to jest ta ciasna Brama i wąska Droga – Jezus. „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”. Świętość nie jest sumą ludzkich wysiłków, pobożności, dobrych uczynków. One są owocami świętości. Świętość jest łaską, a więc darem od Boga. Jednoznacznie mówi o tym modlitwa po Komunii z uroczystości Wszystkich Świętych: „Boże, Tylko Ty jesteś święty i Ciebie wielbimy jako jedyne źródło świętości wszystkich zbawionych, spraw, abyśmy z pomocą Twojej łaski osiągnęli pełnię miłości i od Uczty eucharystycznej, która nas podtrzymuje w ziemskiej pielgrzymce, mogli przejść na ucztę w niebieskiej ojczyźnie”. Jedyne, co mogę zrobić, to trwać przy Źródle i pozwolić kształtować się Jego łasce. Dać się wybielać Krwi Baranka. Wówczas idę drogą świętości. Wówczas zmierzam do Nieba.