Konkret

W kalendarz świętowania Bożego Narodzenia wpisują się dwaj mężczyźni, których wcale nie było tego dnia w betlejemskiej grocie narodzenia. Szczepan i Jan. Pierwszy męczennik i Apostoł-Ewangelista. Przyglądam się im i szukam powiązania z tajemnicą Emmanuela – Boga z nami. Wracają do mnie słowa z początku Ewangelii św. Jana: „A Słowo stało się Ciałem…”. Bóg, który staje się bardzo namacalnie obecny. Jezus Chrystus – konkretna osoba, konkretny człowiek. Odkrywam, że Bóg lubi konkrety. W Jezusie, Emmanuelu, Bóg przestaje być dla człowieka jakimś tam Bogiem zza światów, a staje się Kimś bardzo konkretnym. Symeon mógł wziąć małego Jezusa w swoje ręce i powiedzieć: Moje oczy ujrzały zbawienie. Jan Chrzciciel mógł wskazać na niego palcem i powiedzieć: TO jest Baranek Boży… W Eucharystii podnoszę konkretną hostię, która staje się Ciałem Chrystusa i mówię: TO jest Ciało Moje… Bóg, który nie jest abstrakcją, ideą, tradycją… ale jest bardzo konkretną żywą Osobą.

Św. Jan Apostoł mówi w swoim pierwszym liście: „To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce, bo życie objawiło się„. Życie objawiło się. Od tej pory można je dotknąć, usłyszeć, ujrzeć własnymi oczami. Dwa rozdziały dalej Jan pokazuje dobitnie, że ta konkretność Boga niesie ze sobą konsekwencje. Wierzyć w Boga, który stał się człowiekiem, to wierzyć w sposób bardzo konkretny. Skoro Bóg nie chce być jakimś filozoficzno-dogmatycznym pojęciem, to i wiara nie ma być tylko deklaracją. Jan powie o tym następująco: „Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci. Jeśliby ktoś posiadał majętność tego świata i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga? Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą!„. To jest właśnie życie prawdą o Emmanuelu, jej praktyczne przełożenie: miłować czynem i prawdą – w konkrecie.

Szczepan, pierwszy męczennik, to człowiek, który jest świadkiem w czynie i w prawdzie. Był diakonem, który „pełen łaski i mocy działał cuda i znaki wielkie wśród ludu„. Jego posługa objawiała się konkretnym działaniem Boga w życiu konkretnych ludzi. Ostatecznie Szczepan oddał życie za Jezusa. Najpierw całe swoje życie oddał dla braci, bo tego wymagała od niego posługa diakona. Otworzył serce na biednych i cierpiących. Męczeństwo było chwalebnym zwieńczeniem życia oddanego innym. A przyglądał się temu Szaweł, który stał obok podczas, gdy kamienowano Szczepana. Bierność Szawła jest wyraźnie ukazana jako zgoda na śmierć Szczepana. Bierność obciążona winą moralną.

Przed Bożym Narodzeniem przez media przeszła sensacyjna wiadomość o tym, że jedna z feministek postanowiła dokonać aborcji w Wigilię. Niedługo potem przeszła równie sensacyjna wiadomość, że jeden z zakonników zadeklarował, że jest gotowy adoptować to dziecko, nawet mając świadomość, że wiązałoby się to z koniecznością odejścia z zakonu i kapłaństwa. Nie zgadzam się z pewnym momentem tej wypowiedzi, ale nie mam zamiaru tutaj polemizować z moim kolegą. Przywołuję ją tutaj, ponieważ ostatecznie, pozostając krytycznym, wyciągnąłem z niej wniosek pozytywny. Chodziło o konkretne życie i konkretny czyn wobec tego życia. Grzesiek powiedział mi przez to ważną rzecz: mogę się mylić, ale daję konkret, który odczytuję w świetle wiary, której mam być świadkiem.

Przypomniał mi się też fragment filmu Lecha Dokowicza „Duch”, w którym dwaj włoscy misjonarze pracujący w San Paulo, w Brazylii mówili o pewnym ubogim, bezdomnym mężczyźnie, który szukał pomocy i chodził po różnych domach zakonnych, plebaniach, ale nigdzie nie uzyskał odpowiedniej pomocy, bo nikt go tam nie mógł przyjąć. W końcu przyjęły go prostytutki mieszkające w dzielnicy biedoty. I wtedy ci dwaj kapłani zrozumieli sens słów Jezusa: „Prostytutki i celnicy będą przed wami wchodzili do Królestwa Niebieskiego”. Ci, którzy głosili na co dzień miłość Boga, wzywali innych do nawrócenia, nie przyjęli tego człowieka. Być może nawet niektórzy chcieli, ale nie pozwalały im reguły zakonne, albo jakieś inne przeszkody związane z trybem życia. Jakkolwiek, to prostytutki okazały mu miłosierdzie i stały się przedłużeniem Bożej miłości wobec tego, konkretnego człowieka. To w prostytutkach wypełniło się wezwanie do miłowania nie słowem, ale czynem.

I jeszcze jedno wspomnienie. W tym roku byłem w Rzymie towarzysząc rekolekcjom oazowym. Ksiądz, który im przewodniczył miał wielką wrażliwość na biednych, którzy są na rzymskich ulicach. Kiedy szliśmy z jednego punktu programu na drugi, przemieszczając się przez miasto, on zatrzymywał się przy tych biedakach, zamieniał kilka słów, dawał cukierki. Często zatrzymywał się też przy innych ludziach, których spotykaliśmy przy różnych okazjach. On im naprawdę poświęcał czas, słuchał, rozmawiał. Często to sprawiało, że mieliśmy obsuwę w programie. Denerwowaliśmy się na niego. I chociaż wtedy też wykazywałem postawę szemrania, to jednak dzisiaj bardzo mocno wraca do mnie właśnie to, że ten ksiądz zauważał konkretnych ludzi i w danym momencie, to oni się liczyli. Nie wyrobiliśmy się np. żeby wejść do kościoła, który stoi na miejscu ścięcia św. Pawła, więc odmówiliśmy nieszpory uroczyście przed kościołem. Być może, że dla tych, którzy przyjechali z myślą o Rzymie, to było denerwujące. Może to nie było najlepsze organizacyjnie, może to był błąd tego księdza. Ale przecież ostatecznie w duchu wiary jest ważniejsze spotkać Chrystusa w ubogim na ulicy Rzymu niż dotknąć miejsca, gdzie upadła głowa św. Pawła. Trzeci stopień oazy jest poświęcony odkrywaniu Kościoła. Jedną z bazylik stacyjnych jest bazylika św. Wawrzyńca, który przecież oddał życie po tym, jak zebrał biedotę Rzymu i na żądanie ujawnienia skarbów Kościoła, wskazał na tych ludzi i powiedział: To jest bogactwo i skarb Kościoła!

Na koniec chciałem dać cytat Franciszka, ale jest inny, który usłyszałem akurat w kontekście Grześka, i który jest dla mnie ważny: „W tej konkretnej sytuacji, to on jako jedyny był gotów przestać teoretyzować o miłości i zamienić to w działanie. A cena jest ogromna – życie człowieka. Tu nie można kalkulować. Właśnie ta, konkretna sytuacja, która ma miejsce wymaga konkretnego działania i nie można decydować się na bierność w imię kapłaństwa i tego, że pomagając temu dziecku nie będzie mógł dalej ratować innych jako kapłan. To nie polityka. Życie tego dziecka jest cenne jak każde inne. I gdyby to było jedyne wyjście, to uważam, że postąpiłby słusznie. Ale być może są inne i jestem pewien, że nie decydowałby się na taki krok, gdyby je dostrzegł. To według mnie jest prawdziwa miłość. Właśnie ta, która nie kalkuluje. Miłości się nigdy nie będzie opłacało”.

Emmanuel

„Głos! Twoi strażnicy podnoszą głos, razem wznoszą okrzyki radosne, bo oglądają na własne oczy powrót Pana na Syjon”. Kościół podnosi głos, aby wykrzyczeć radośnie Dobrą Nowinę o Emmanuelu – Bogu z nami. Jesteśmy strażnikami Ewangelii o Bogu, który jest bliski człowiekowi. Strażnikami, którzy nie są postawieni, aby zabezpieczyć tę prawdę przed innymi, aby ją schować w bezpiecznym miejscu. Być jej strażnikiem, to znaczy dopilnować, żeby dotarła do wszystkich.

Na początku było Słowo…„. Ewangelia dnia Bożego Narodzenia każe nam sięgnąć do początku. A początek był taki, że Bóg stworzył człowieka i wszedł w bardzo zażyłą relację z nim. Chodzili po Raju jak przyjaciel z przyjacielem. Nieszczęście, które nazywa się grzechem, sprawiło, że ta relacja została utracona. Człowiek ukrył się przed Bogiem, z lęku. To nieszczęście od tamtej pory dotyka ludzi wszystkich czasów. Człowiek, który jest grzesznikiem (każdy) ma problem z uwierzeniem w miłość Boga, tę pierwotną relację. Ma ciąglę pokusę bać się, chować.

Ale Bóg nie zrezygnował z tej relacji. „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna”. W Sercu Boga ciągle była tęsknota za utraconym rajem. Tak, Bóg też utracił raj. Bo raj, to był On i człowiek – razem. Bo raj to nie jakaś przestrzeń, ale to jest relacja miłości Boga z człowiekiem. Tęsknota doprowadziła Boga do szaleństwa – szaleństwa miłości. „Ogołocił samego siebie stawszy się człowiekiem”. Lepiej było Bogu ogołocić się, niż trwać w tej tęsknocie. Poszedł za człowiekiem, aż stał się człowiekiem.

Zbawienie mogło dokonać się w każdy inny sposób. Jednak Bóg nie chciał po prostu załatwić sprawy, zrobić coś z urzędu. On przyszedł po swojego przyjaciela. Najpierw musiał uzdrowić jego serce, żeby zechciał znowu zaufać w Jego miłość. Dlatego przychodzi jako małe, bezbronne dziecko. Dziecko nie budzi lęku, nie jest groźne. Aniołowie, którzy obwieszczają wiadomoć o narodzeniu Jezusa pasterzom zaczynają od wołania: „Nie bójcie się!”. To jest wołanie Boga do człowieka wyrażone w małym Jezusie: Nie bój się Mnie!

A Słowo stało sie ciałem i zamieszkało między nami...” Bóg, który stał się człowiekiem, to Bóg, który na nowo wchodzi w bardzo zażyłą relację ze swoim przyjacielem. To dzięki temu Jezus może przyjść do domu swoich przyjaciół – Marty, Marii i Łazarza, może siadać za stołem z celnikami, faryzeuszami, i każdym innym. To dzieki temu, kobieta cierpiąca na krwotok mogła się Go dotknąć. Jezus, który zostawia się w Eucharystii, aby każdy mógł Go dotknąć, posmakować, przyjąć do siebie. Prawda o Emmanuelu, Bogu z nami, staje się namacalna. Bóg staje się namacalnie obecny, bliski. Raj odzyskany.

Dzisiaj Kościół podnosi głos, aby powiedzieć każdemy człowiekowi, że prawda o Emmanuelu – Bogu z nami jest ostateczną prawdą, ostatecznym przesłaniem Boga do człowieka. Nigdy Bóg nie będzie przeciwko, albo obok człowieka. Ostatecznie stał się Bogiem z nami w Jezusie Chrystusie.

https://www.youtube.com/watch?v=LNQGmQfrt_E

Rodowód

Przed Uroczystością Bożego Narodzenia można usłyszeć Ewangelię praktycznie całą utkaną z bardzo wielu imion. Kościół nazywa ją rodowodem Jezusa. Wychodząc od Abrahama przechodzimy przez wszystkie pokolenia Izraela, aż do Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus. Można się śmiało zapytać, a jaki to rodowód Jezusa, skoro Józef był tylko Jego przybranym ojcem? A jednak ma to sens. Ta Ewangelia pokazuje najpierw jasno, że Jezus jest inny od każdego z wcześniej wymienionych synów. Jest Bogiem, a więc właściwie jest „spoza” tego rodowodu, niezależny od tych, którzy Go poprzedzili. A jednak to jest Jego rodowód. Wchodzi w to. Nie z konieczności, bo urodził się synem tego, czy tamtego, więc siłą rzeczy wszedł w ciąg pokoleń. Wchodzi dobrowolnie, bo stając się człowiekiem chce się utożsamić z całą historiią swojej ludzkiej rodziny. Emmanuel – Bóg z nami, pośród nas. On to potraktował bardzo poważnie, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Ewangelista wymienia w sumie 42 pokolenia. Całe mnóstwo ludzi, przeróżnych. Jest wielki patriarcha Abraham, król Dawid, Salomon, ale jest też np. Asa. Kto zna jakiegoś Asę? Kto słysząc to imię jest w stanie od razu powiedzieć kim on był? Są tacy, którym Biblia poświęca wiele miejsca, i są tacy, którzy mają w niej swój epizodzik i generalnie współczesnym wierzącym nie są znani. Są tacy, którzy mieli wielkie zadania, i tacy, którzy po prostu byli. Są Żydzi, ale pojawiają się i ludzie spoza Narodu Wybranego, np. Rut Moabitka. Są wzory życia wiarą, ale i tacy jak np. Achaz, król który propagował kult pogański w swoim królestwie. Są szlachetni, ale i grzesznicy. Przy Dawidzie jest zaznaczone, że był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Kto zna historię Dawida, ten wie, że sprawa cudzołóstwa z Batszebą i zabójstwo Uriasza to największa plama w życiorysie Dawida. Spodziewam się, że każdy z nas chciałby wymazać ze swojego rodowodu tak haniebną informację. Owszem Dawida można wspomnieć, ale po co mówić przy tym o Uriaszu, który przypomina jednocześnie najciemniejszą stronę z życia króla. A jednak ta wzmianka się tu znalazła.

Rodowód Jezusa kiedyś wydawał mi się niepotrzebnym męczeniem wiernych jakąś litanią imion. Dzisiaj, jest dla mnie jedną z kluczowych Ewangelii pokazujących czym jest prawda, że Bóg stał się jednym z nas. To jest naprawdę Dobra Nowina. Bóg nie dokonuje selekcji w swoim rodowodzie. Jezus pokazuje, że jest Emmanuelem – Bogiem z… porządnym i łajdakiem, wielkim i małym, wierzącym i niewierzącym, wiernym i niewiernym… To jest niesamowita prawda o Bożej miłości, która jest całkowicie niezależna od nas i naszych uwarunkowań, nawet moralnych. To jest coś fundamentalnego. Bóg, który mówi: Przyznaję się do was, czynię was swoją rodziną, wpisuję do Mojego rodowodu, do Mojej tożsamości! Wszystkich, absolutnie wszystkich! Rodowód Jezusa to nie tylko 42 pokolenia wstecz, ale także wszystkie pokolenia po Jego narodzinach. To także ja i ty, z naszymi historiami, z naszym życiem. Jezus, Emmanuel – Bóg z… z tym, co we mnie jest porządne i tym, co jest grzeszne, słabe. On przychodzi do mojego życia, takiego jakim ono jest. Do każdej jego stronnicy. Mówi: Nie wyrywaj kartek, nie wymazuj, nie zasłaniaj niczego ze swojego życia. Znam to wszystko. Przychodzę do tego wszystkiego. Jesteś w Moim rodowodzie z twoją historią życia. Przyszedłem cię odkupić, zbawić. Przyszedłem uświęcić twoją historię, nie twoją świętością, ale Moją obecnością w niej. Twoje życie, to historia zbawienia, historia, w której jest Bóg, Emmanuel.

Każde z tych imion w rodowodzie Jezusa miało swoje miejsce, prowadziło ostatecznie do Niego. Wierzę, że różne wydarzenia, dobre i złe, chlubne i niechlubne w moim życiu prowadzą ostatecznie do Jezusa i w Nim znajdą swoje wypełnienie. Wierzę też, że moje życie wpisuje się w powszechną historię zbawienia, która wciąż się toczy. Wierzę, że tak jest z życiem każdego człowieka.

Odkrywać dobro

pryzmat

Mógę być posądzony o monotematyczność, nie będe miał nic przeciwko. Ale nie ma dla mnie bardziej pasjonującego tematu do dzielenia się z innymi niż DOBRO. To jest właśnie moja pasja. A wszystko ma swoje źródło w tym, że najważniejszą prawdą, najważniejszym dogmatem mojego życia i kapłaństwa jest to, że BÓG JEST DOBRY! To jest jasny strumień światła, który przechodzi przez pryzmat i rozszczepia się rzucając na rzeczywistość światło w nowych barwach. Prawda o tym, że Bóg jest dobry kiedy przechodzi przez serce, wówczas sprawia, że patrzy się na otaczający świat, na ludzi i wydobywa się przede wszystkim dobro. Ono zostaje w jakiś dziwny sposób naświetlone, wyakcentowane. Świat jest dziełem Tego, który jest Dobry. Niesamowite jest zdanie, które zaraz po stworzeniu zawisło nad światem: „I wdział Bóg, że było dobre”. To jest pierwsze błogosławieństwo wypowiedziane przez Boga: Jesteś dobry! Bóg nigdy nie odwołał tego zdania. Nawet po grzechu nie usunął tego fragmentu, kiedy po stworzeniu ludzi jest mowa o tym, że „Bóg widział, że było to bardzo dobre”.

Patrzę więc na świat, na ludzi i widzę ogromne pokłady różnorakiego dobra. I słyszę gdzieś w sercu te słowa Księgi Mądrości (1, 14): „Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu”. Czasem ukryte. Czasem to dobro ukryte jest pod jakimiś gruzami słabości i grzechu. Ale trzeba mieć wiarę, że tam w głębi serca człowieka jest dobro, które czeka na odkrycie i wydobycie na światło dzienne. Myślę, że my, chrześcijanie, szczególnie też my, księża, powinniśmy być jak Boży górnicy, który zadadzą sobie trud schodzenia w głąb ludzkich serc, żeby szukać i wydobywać w nich dobro. Współczesny człowiek bardzo potrzebuje innego człowieka, który pomoże mu na nowo uwierzyć w to fundamentalne Boże błogosławieństwo wypowiedziane nad nim. Tak, mamy być Bożymi górnikami w odkrywkowej kopalni dobra. To jest trudno robota, czasem ryzykowna. Można się bać, że zło zawali się nam na głowy. Można powiedzieć po prostu: ten człowiek jest zły. Wówczas dużo łatwiej jest przyczepić tabliczkę: „Uwaga! Teren skażony! Nie wchodzić!” Ale Jezus wchodził przede wszystkim tam, gdzie inni wywiesili takie właśnie tabliczki. Dlatego uwielbiam tę wypowiedź Papieża Franciszka o spotkaniu Jezusa z celnikiem Mateuszem. Ona pokazuje prawdę, że w Jezusie Bóg wypowiada nad każdym, nad każdym (!), wciąż te same słowa: „I widział Bóg, że było bardzo dobre”.

„Mówimy: to spojrzenie go nawróciło. Zaledwie poczuł w sercu spojrzenie Jezusa, wstał i poszedł za Nim. I to jest prawda: Jezusowe spojrzenie zawsze nas podrywa. To spojrzenie nas podnosi, nigdy nie pozostawia na miejscu. Ale też nigdy nie uniża, nie upokarza. Zaprasza cię do powstania. To spojrzenie niesie cię ku wzrastaniu, kroczeniu naprzód, zachęca cię, bo cię kocha. Daje ci odczuć, że On cię kocha. I to właśnie daje odwagę, by iść za Nim. «On wstał i poszedł za Nim» Gdy Jezus na nich spoglądał, musieli oni odczuwać coś na kształt dmuchnięcia w żar: doznali wewnętrznego ognia oraz tego, że Jezus ich podnosi, przywraca im godność. Spojrzenie Jezusa zawsze czyni nas godnymi, daje nam godność. To jest hojne spojrzenie. «Ależ popatrz, co to za nauczyciel: ucztuje z miejskimi śmieciami!». A jednak pod tymi śmieciami był żar pragnienia Boga, żar Bożego obrazu, który pragnął, by ktoś mu pomógł przemienić się w płomień. I to właśnie czyniło Jezusowe spojrzenie”

Pewnego dnia podzieliłem się na facebooku tą właśnie myślą na temat dobra. Tego samego wieczoru dostałem na mejla potwierdzenie w formie świadectwa, które przysłał mi nieznajomy człowiek. Chcę się nim tutaj podzielić (nic w nim nie zmieniałem).

„Szedłem i mijał mnie tłum ludzi i moim oczom ukazała się starsza pani, która miała ogromnie skrzywiony kręgosłup, aż przypominała literę ‚l’ albo ‚u’ Widać było, że ciężar życia ją tak wygiął po tej doświadczonej twarzy, po tym, że podtrzymywała się jedną dłonią laskę, bo nie potrafiła iść, ciągnęła za sobą trzy torby, nikt się nie zatrzymał, N I K T bo przeciez po co,na co, ta cholerna znieczulica……….. na tyle ludzi, dorosłych, młodych, w każdym wieku, każda płeć, nikt, podszedłem i spytałem czy pomóc, zazwyczaj tak robie, bo czemu by nie pomoc cnie, podniosła wzrok na mnie, była przy mnie jak smerf i oczami pełnymi bólu, cierpienia i braku wiary powiedziała, że nie, nie muszę, choć tak bardzo Jej twarz krzyczała pomóż mi, zabrałem jej torby były naprawdę nawet ciężkie, a ta biedna kobieta sama je taszczyła, próbowałem zagadac czy coś cnie, rozmawiałem, ale to silna, ogromnie silna kobita nie chciała się żalić cały czas mówiła, że ona po prostu zaakceptowała to jak ma być i skoro tak ma być to ona to przetrwa, szliśmy przez spory kawałek ulicy, ludzie patrzyli się na nią jak na odmieńca, a na mnie jakbym był jakimś najgorszym śmieciem, który pomaga starszej kobicinie, to my byliśmy inni, nie Oni, wstydziła się swojej niemocy, sam nie mam za dużo kasy cnie, ale zrobiłem mini zakupy, a gdy nie widziała włożyłem jej do torby kilka produktów, nie przyjęła by ich, Wystarczyło jej to, że doprowadziłem Ją na przystanek, pomogłem nieść torbę, słuchałem i byłem, przecież to takie ludzkie, tak bardzo bolało mnie to, że nie mogę jej bardziej pomóc, chociaż chciałem, widzisz księzulku jestem jaki jestem, ale mam w chuj duże serce i lubię pomagać…czasem nie wiem jak, ale chcę, jestem dresikiem z ogoloną głową i co z tg? jeżeli nikt nie chce mi pomóc, to sam musze się zająć tym i wyciągnąć do kogoś rękę… jej całe ciało to obraz cierpienia, pytałem jeszcze milion razy czy na pewno więcej nie mogę dla niej nic zrobić, a ona pogłaskała mnie po dłoni, powiedziała dziękuję i że dawno nikt jej nie pomógł i że zapomniała jakie to uczucie i powiedziała, że sobie poradzi, nie wiem jak ma na imię, skąd jest, ale jest moim wzorem jak można godnie cierpieć, pękło mi serce kiedy musiałem się odwrócić i pójść, nie mogę o niej zapomnieć, o jej wzroku, o tych łzach, które zamknęła w powiekach, jest wielka w swoim bólu..
tak sie zastanawiam czy mooże życie jest koszmarem, a śmierć życiem? może to psychiczna gra nagrana na zdartej płycie? może utkwiłem w popierdolonym śnie? nie chcę tu być, więc krzyczę: zabierz mnie, tylko do kogo, coo? jak Magik czasem chcę skoczyć z tego bloku, i czasem myślę, że lepiej by pozostał po mnie popiół, jednak jak widzisz księzulku dalej idę, choć ciężar dnia przyciska w dół i umieram w sobie kolejny raz, a serca pęka na pół, kolejny wieczór pachnie samotnością i kolejny raz piję z bezradnościąm Zaciśnięty w kręgu wybierasz sznur i jesteś gwiazdą spadającą w dół podnoszę kieliszek pijąc za..właśnie za co? bbrak mi już siły i siadam na podłodze, czy napisać w końcu, że odchodzę? mam siniaki na sercu i krwawi każda tkanka i kurwa mać, tak bardzo boję się kolejnego poranka, co bd jeżeli sie sprzeciwię chociażby ojcu? co się stanie jezeli nie wezmę kolejnej działiki? co się stanie gdy zabraknie mi floty? zadaję sb 987739839873978 pytań, na razie wszystkie zostają bez odpowiedzi, nie leczone rany sprawiają, że umieram od środka, krzyczę, lecz na marne gardło zdzieram, jestem sobie sam, chciałbym dać coś komuś, cząstkę serca, może kiedyś ktoś odpłaci się tym samym… WIERZĘ W LUDZI, NIE W HIENY MATERIALISTYCZNE, CZEKAJĄCE NA BÓL KOGOŚ BY SIĘ NIM NAKARMIĆ
Fakt, że jestem śmieciem dla wszystkich wkoło, że tylko się mnie wyrzuca, ale to złe rozumowanie, zrozumiałem to dopiero później, kiedy daje się coś ludziom – nie jest się śmieciem, kiedy inni mówią, że Cię potrzebują i choć czasem zawodzą to przecież jesteśmy ludźmi – bądź dla nich, to od nas samych zależy czy będziemy nikim czy człowiekiem, tto my wyznaczamy swoją wartość – bo nasza wartość zależy od tego jacy jesteśmy, nie od tego skąd pochodzimy, od rodziny, koloru skóry, naszej seksualności czy jak to tam sie zwie, oooo – orientacji, fdlatego walczę choć bywa ciężko i czasem muszę odpocząć i popaść w lekką melancholię, ale po to by zebrać siły i dalej kroczyć w przód c’nie?!?!?!?”

Na łożu

Niesamowicie lubię Ewangelię o paralityku, którego jacyś ludzie niosą na łożu do Jezusa. Lubię sobie wyobrażać tych kilka osób przedzierających się z człowiekiem na łożu przez tłum ludzi, wdzierających się na dach i spuszczających z niego chorego wprost przed Jezusa. Nie wiemy, czy ci, którzy nieśli paralityka, to byli jego bliscy, czy może to jacyś przypadkowi ludzie zdjęci litością po prostu chwycili za łoże. Ale ich szaleństwo mnie fascynuje. Zafascynowało też Jezusa. On w tym szaleństwie zobaczył ich wiarę i odpowiedział na nią dobrocią, łaską, która dotknęła paralityka. Tym razem, to nie wiara chorego się liczyła, ale tych, którzy go przynieśli. Prawdopodobnie paraliż dotykał nie tylko ciała, ale i ducha, ponieważ pierwsze, co uzdrawia Jezus, to własnie serce tego człowieka.

Wiem, że w tej Ewangelii odnajduję się na dwa sposoby. Raz jako ten, który jest jednym z niosących łoże. Tak, moje bycie księdzem na tym własnie polega: kiedy służę drugiemu sakramentem spowiedzi, kiedy sprawuję Eucharystię, kiedy modlę się za innych, kiedy głoszę Słowo Boże… to są momenty, w których Bóg pozwala mi nieść czyjeś łoże. Czasami świadectwa ludzi przychodzą niespodziewanie, że dokonało się dobro, że Jezus dotknął ich życia w jakiś sposób. Więc mam świadomość, że uczestniczę w niesieniu do Jezusa różnych ludzi. Ale to nigdy nie jest dzieło Łukasza Kachnowicza. Nawet jeśli jestem w tym jakoś obecny, to jest dzieło wspólnoty Kościoła, a ostatecznie dzieło łaski Bożej. Wszystko, co mam i czym mogę służyć innym jest mi dane przez Boga w Kościele. Przede wszystkim niesamowity dar kapłaństwa. Nigdy sam nie przyniosłem nikogo do Jezusa. Zawsze to łoże niesiemy razem z innymi, całą wspólnotą Kościoła.

Jednak najbardziej odnajduję się tutaj jako paralityk. Tak, chcę to wyznać, że przede wszystkim jestem paralitykiem. W ostatnim czasie towarzyszy mi coraz mocniejsza świadomość własnej słabości. Jestem człowiekiem słabym duchowo. Jestem grzesznikiem. Takim prawdziwym grzesznikiem, który z różnymi słabościami wcale nie może dać sobie rady. Borykam się ze stanami depresyjnymi, które potrafią mnie całkiem nieźle sparaliżować w różnych momentach. Jestem paralitykiem. Trudno jest księdzu zgodzić się na to, żeby widzieć się bardziej w tej scenie jako paralityk, niż jako niosący łoże. Trudno jest powiedzieć: to ja potrzebuję bardziej Was, niż Wy mnie. Bez Was nie jestem w stanie Wam służyć. Ale to jest prawda.

Przychodzi wówczas demon, który mówi, że tak być nie może. Ja muszę być silny, a przynajmniej udawać silnego. Ja mam tylko dawać innym. Ja mam tylko nieść. A jeśli jestem słaby, to znaczy, że jestem do niczego, niepotrzebny, nie spełniam swojego zadania, nie nadaję się. Ale demon jest kłamcą. I jest źle kiedy w te kłamstwo zaczynają wierzyć księża, biskupi, wychowawcy w seminarium, klerycy, wierni. Wówczas powtarzamy błąd Piotra: „Panie, Ty mi nie będziesz umywał nóg!” Ty jesteś Mistrzem, nie możesz być niżej ode mnie, u moich stóp, bo to postawa słabości. „Panie, nigdy to na Ciebie nie przyjdzie, żebyś został ukrzyżowany!” Ty czynisz cuda, nauczasz z mocą, jak możesz mówić o tym, że będziesz umierał całkowicie bezsilny, zmiażdżony cierpieniem, przybity do drzewa hańby. Zgorszenie słabością. Jezus odpowiada na nie ostro: „Odejdź ode mnie szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, ale po ludzku!”

W Liturgii Eucharystycznej zawsze mocno wybrzmiewają w moim sercu słowa: „Prosimy Cię, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła”. Wypowiadam te słowa, jako ksiądz-paralityk, także w swoim imieniu. Jestem świadomy tego, że niesie mnie wiara Kościoła, wiara wspólnoty. Niesie mnie łaska Boża obecna w sakramentach. Niesie mnie wiara i modlitwa wielu ludzi. Przypominają mi się te wszystkie sytuacje, w których byłem rozłożony słabością, a jednak byli ci, którzy chwytali za łoże i przedzierali się ze mną do Jezusa. Ciągle mnie do Niego niosą. Moi bliscy, także Ci, którzy podejmują modlitwę za mnie, ale i w ogóle cała wspólnota Kościoła. Wspólnota, której tak bardzo potrzebuję. Potrzebuję Kościoła, któremu mam służyć jako ksiądz.

Dziękuję Bogu, za Kościół. Dziękuję za tych, którzy znają moje paraliże, a jednak nie zgorszyli się moją słabością. Dziękuję za tych, którzy na co dzień niosą moje łoże do Jezusa. Proszę Boga o to, żeby zabrał z mojego serca opór pychy, która nie uznaje we mnie obrazu paralityka. Proszę Go o to, żeby dał mi odwagę przyjęcia prawdy o sobie. Proszę Go o to, żeby dał mi radość, która nie ustępuje z powodu tej prawdy.

Wracam myślami do pierwszych chwil pontyfikatu Franciszka. Chcę mieć przez całe swoje kapłaństwo taką właśnie postawę, od jakiej on rozpoczął.

frukaczmariusz_fcdde43700f7ef517ba650befc4d1eb3

„A teraz chciałbym udzielić wam błogosławieństwa. Ale najpierw proszę was o przysługę: zanim biskup pobłogosławi lud, proszę was, byście pomodlili się do Pana o błogosławieństwo dla mnie. Modlitwa ludu proszącego o błogosławieństwo dla swego biskupa. Odmówmy w ciszy tę waszą modlitwę za mnie”.

(Papież Franciszek, jedne z pierwszych słów po wyborze)

Wierzę w Boga nieskończenie dobrego

1479456_773862142640257_67602593_n

Szósta rano. W kościele półmrok, rozpoczynamy Eucharystię trzymając w rękach zapalone świece. Wraz ze śpiewem „Chwała na wysokości…” kościół na nowo napełnia się światłem. Tego adwentowego poranka słyszę jak prorok Izajasz zapowiada, że Bóg „zedrze zasłonę, zapuszczoną na twarzy wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody”. Przypomina  mi się w tym momencie zapalanie chanukowych świec, których blask coraz bardziej oświetla stojącą obok ikonę. Bóg wpuszcza coraz więcej światła, które zrywa zasłonę mroku. Odsłania się oblicze Jezusa. Niesamowicie piękne oblicze, które przyciąga wzrok i serce. Jedyne co chcę robić, to trwać wpatrując się w Jego twarz, kontemplować. Tak, jak wzywają słowa wypowiadane przy zapalaniu chanukowych świec, aby „wpatrywać się w te światła i składać dzięki Imieniu za cuda i pomoc”. Tym razem nie wpatruję się w blask świec, ale wsłuchuję się w Słowo. To ta sama czynność, ponieważ jak powie Psalmista: „Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce” (Ps 119, 105). Słucham i czuję jak Bóg zdziera zasłonę z mojego serca, wpuszcza światło rozpraszające mrok. Wyłania się oblicze Jezusa.

Przychodzą do Niego wielkie tłumy. Wśród nich na pierwszy plan wyłaniają się ludzie przeróżnych ułomności. On okazuje im swoją dobroć. Uzdrawia ich. To pewnie by im wystarczyło. Trudno oczekiwać więcej w momencie, kiedy doświadcza się takiego cudu. Ale Jego dobroć nie zatrzymuje się w pewnym momencie i nie mówi: wystarczy. On widzi potrzebę jeszcze ich nakarmić. Wyprawia dla nich ucztę. Prorok Izajasz powie o tej uczcie, że jest ona „z tłustego mięsa, z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win„. Uczniowie Jezusa praktycznie nie mieli nic, z czego można by wyprawić taką ucztę. Siedem chlebów i parę rybek. Nie da rady z tego wykarmić tłumu ludzi. A jednak Jezus bierze to, co mają i odmawia dziękczynienie. Co ciekawe, nie prośbę skierowaną do Ojca o rozmnożenie chleba i ryb, ale dziękczynienie. Wszyscy najedli się z tego do sytości. Wszyscy zostali nasyceni, a zostało jeszcze siedem pełnych koszy ułomków. Siedem, to biblijny symbol pełni, nieskończoności.

Ikona Jezusa wyłaniająca się z tego Słowa, to ikona Boga, który jest nieskończony w swojej dobroci. To Bóg, do którego mają dostęp wszyscy, którzy są w jakikolwiek sposób kalecy: fizycznie i duchowo. Każdy może znaleźć się blisko Niego. Każdy może doświadczyć Jego dobroci. Bóg nie jest lepszy dla jednych, a gorszy dla drugich. W tym Słowie bardzo mocno wybrzmiewa określenie: „wszyscy”. Powszechna miłość Boga. Drugi szczegół, który mnie zachwyca, to brak granicy Bożej dobroci. Bóg nie tylko jej nie stawia, ale wręcz cały czas poszerza zasięg swojej dobroci. Izajasz najpierw używa określenia tłustego mięsa i wybornego wina, aby już za chwilę powiedzieć, że to najpożywniejsze mięso i najwyborniejsze wina. Albo narasta łaska Boża, albo to przed nami w miarę zdejmowania zasłony z naszych serc wyłania się coraz bardziej prawdziwy obraz Boga. Każdy odsłonięty milimetr to odkrycie, że jednak Bóg kocha bardziej niż się nam to wydawało przed chwilą, jest lepszy niż sądziliśmy. Co więcej, Ewangelia mówi, że nawet jeśli osiągniemy stan nasycenia Bożą dobrocią, to i tak Bóg będzie miał jeszcze jej siedem pełnych koszów. Dobroć Boga, która jest nie do ogarnięcia.

A jednak w tej dobroci Bożej jest miejsce na to, co po ludzku słabe, ułomne. Jest miejsce na to, o czym mówi Psalmista: „Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę„. To może rodzić trudność w tym, żeby uwierzyć, że Bóg jest Dobry. A jednak tuż przed tym wersetem są słowa: „Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach„. Kiedy staję wobec pytań: „Dlaczego tak się dzieje w moim życiu? Dlaczego to się stało?”, wówczas nie mam na to odpowiedzi innej niż ta, która jest odpowiedzią wiary i zaufania, że mimo wszystko to On mnie poprowadzi po właściwych ścieżkach. Jeśli dam Mu się przez to przeprowadzić. Być może to jest łaska, pewnie tak, że naprawdę w różnych sytuacjach, w których się znajduję (czasami dla mnie granicznych) w jedno nie wątpię: Bóg pozostaje w tym Dobry. To pomaga czekać na wypełnienie się słów Izajasza: „Wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, odejmie hańbę swego ludu po całej ziemi, bo Pan przyrzekł. I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg, Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność: cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia!„.

Apostołowie mieli mało chleba, niewystarczająco. Ja też odkrywam ciągle, że jest we mnie tak wiele tego „mało”. Kiedy patrzę na siebie, to widzę, że mam niewystarczająco, żeby wypełnić swoje powołanie. A jednak Jezus uczy mnie, żeby wziąć to mało i niewystarczająco, zobaczyć w tym dobroć Boga i złożyć Mu za to dziękczynienie. On z tego zrobi tyle ile trzeba, a nawet więcej.

Chcę się wpatrywać w oblicze Jezusa i pragnę, żeby zapalał w moim sercu kolejne światła, dzięki którym coraz mocniej będę widział Jego dobroć i „składał dzięki Jego Imieniu za cuda i pomoc”. Chcę, aby słowa Psalmu 23 były moim wyznaniem wiary w Boga nieskończenie dobrego: „Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni życia i zamieszkam w domu Pana po najdłuższe czasy„. Dobroć i łaska, które obejmują życie doczesne i najdłuższe czasy życia wiecznego.

Wierzę w Kościół Powszechny

Kocham Kościół w jego wymiarze powszechnym. Wspólnota, w której mają swoje miejsce różne kultury, sposoby myślenia, różne wrażliwości, charyzmaty, duchowości… Kościół, który jest bogaty swoją różnorodnością. Zakochałem się w jego pięknie. Kiedy patrzę na taki Kościół, to widzę w nim hojność Boga, Jego miłość, która jest dla wszystkich. Kościół musi być powszechny, bo miłość Boga jest powszechna. Bóg nie ma ulubionej duchowości, ulubionej kultury, ulubionego rytu liturgicznego, ulubionego języka… Bóg kocha człowieka, każdego. Dlatego Kościół musi być powszechny i różnorodny.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus ma pragnienie przyjść do setnika, aby uzdrowić jego sługę. Setnik to poganin, obcy dla Żydów. Dla Jezusa to nie jest ważne. On chce przyjść do jego domu, aby wyświadczyć mu dobro. Jezus kocha tego setnika, kocha jego sługę. Jego obcość, inność nie jest żadną przeszkodą dla Bożej miłości i łaski. Jezus widzi w Jego sercu wiarę. Co więcej, mówi, że jest to wiara tak wielka, że nie znalazł podobnej u nikogo w Izraelu. A przecież nie była to wiara Żydów. On był poganinem. Poganin o większej wierze niż ci, którzy wyznawali Boga Jahwe. Przecież byli w Izraelu tacy, którzy zachowywali wszystkie zwyczaje, przepisy, a on ich nie zachowywał. Wierzył całkowicie inaczej, ale jego serce zwróciło się do Jezusa. I to było najistotniejsze.

Jezus daje komentarz do tego wydarzenia: „Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim”. Powszechność Królestwa Bożego. Co za kapitalny obraz. Mam przed oczyma wizję jednego olbrzymiego stołu, przy którym mają swoje miejsce ludzie różnych kultur, systemów myślowych, nawet wierzeń. Nie, wcale się tam nie spierają, nie przekonują do swojego. Oni już są przekonani do tego, co najważniejsze. Są przekonani o Bożej miłości do każdego z nich. Teraz mogą siedzieć obok siebie połączeni braterską miłością.

Kościół, który jest zalążkiem Królestwa Bożego musi być takim właśnie Bożym stołem, powszechnym stołem, przy którym znajdą miejsce różni, różnorodni ludzie. Nie ma mowy o stole, na którym jest kartka „Zarezerwowane dla…”. Nikt nie ma monopolu na Kościół, tak jak nikt nie ma monopolu na Bożą łaskę i miłość. Jednym z rodzajów herezji jest herezja pars pro toto, czyli uznanie jakiejś części za całość. Kto mówi, że to jego jest najlepsze w Kościele, a nie daj Boże, że jedyne słuszne, to zaczyna zwyczajnie głosić herezję. Co więcej, popełnia grzech kradzieży – okrada Kościół z jego bogactwa. To jest bardzo mocne niebezpieczeństwo. Tylko taka wspólnota, ruch, tylko taki sposób ewangelizacji, tylko taki ryt, tylko taki pogląd. A inni są podejrzani, inni są w błędzie, a może nawet inni są źli. Herezja i złodziejstwo!

Już Apostołowie mieli taką pokusę, kiedy z oburzeniem kazali Jezusowi zabronić pewnym ludziom czynić cudów w imię Jezusa. Czemu? Bo nie chodzili z nimi. Ale Jezus powiedział jasno, że to wcale nie jest żaden wyznacznik. Jezus mówi: nie są przeciwko nam, są z nami. Chociaż z nami nie chodzą. Pokusa aktualna do dzisiaj. Albo chodzisz z nami, albo nie wolno ci. Tylko, że wtedy nie chodzi o Jezusa, ale o nas samych. To my stajemy w centrum. To z nami masz chodzić. Nie, to Jezus ma być w centrum. To o Niego chodzi. O Jego chwałę, która objawia się na różny sposób, wśród różnych ludzi, wspólnot, rzeczywistości. Kościół nie jest dla siebie, jest Ad maiorem Dei gloriam – na większą chwałę Bożą. A prorok Izajasz powie dzisiaj: „Albowiem nad wszystkim Chwała Pana będzie osłoną i namiotem, by za dnia dać cień przed skwarem, ucieczkę zaś i schronienie przed nawałnicą i ulewą”. Chwała, która jest nad wszystkim, jest powszechna. Kościół, który ma być namiotem, domem, miejscem schronienia dla różnych ludzi, dla wszystkich ludzi.

Jest niebezpieczeństwo ze strony nas, księży, żeby ociosywać ten stół Królestwa Bożego pod siebie. Ile razy negujemy coś, bo mówimy, że my tego nie czujemy, że nie rozumiemy, że inaczej to widzimy. Bycie przełożonym, władza w Kościele nie jest po to, żeby ustawiać innych pod siebie, rugować wszystko, co nie jest „jego”. Kto tak pojmuje władzę w Kościele, ten nigdy nie powinien jej otrzymać. Mamy służyć całemu Kościołowi, z całym jego bogactwem i różnorodnością. Nie wolno nam być barbarzyńcami, którzy siekierą władzy zaczną ociosywać, zniekształcać stół, przy którym Bóg przygotował miejsce dla różnych ludzi. Musimy kształtować w sobie wrażliwość powszechności.

Porusza mnie bardzo historia jezuitów, którzy ewangelizowali w Chinach. Ci mądrzy zakonnicy najpierw starali się zrozumieć myślenie tamtejszej ludności, ich tradycje, kulturę, filozofię. Nie weszli krzycząc, że to wszystko złe, że to nie tak jak ma być. Zaczęli się odwoływać do tego, co było bliskie tamtym ludziom. Na tej bazie głosili Jezusa. Cesarz Chin był o krok od przyjęcia chrześcijaństwa. Ale znaleźli się inni, którzy powiedzieli, że tak nie można. Rzucili podejrzenia na jezuitów i misja w Chinach musiała się zakończyć. Od wieków Chiny mogły być chrześcijańskie. Jednak ktoś tępą siekierą swojego ciasnego myślenia (może nawet był przekonany, że robi to dla dobra Kościoła) uciął wspaniałe dzieło.

Najpiękniejszą szkołą powszechności Kościoła wypływającej z powszechności Bożej miłości jest Eucharystia. Wystarczy zacząć żyć tymi słowami, które stanowią jej centrum:

Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy:
To jest bowiem Ciało moje,
które za was będzie wydane.

Bierzcie i pijcie z niego wszyscy:
To jest bowiem kielich Krwi mojej
nowego i wiecznego przymierza,
która za was i za wielu będzie wylana
na odpuszczenie grzechów.
To czyńcie na moją pamiątkę.

Powszechność Kościoła wzywa każdego z nas do tego, żeby coraz bardziej poszerzać swoje serce i myślenie. To jest poważne wezwanie do nawrócenia z postawy zamknięcia. Będę tworzył dokoła mnie Kościół powszechny na tyle, na ile we mnie samym będzie postawa otwarcia, bez której nie ma mowy o powszechności.

Wyjdźmy, wyjdźmy, by ofiarować wszystkim życie Jezusa Chrystusa. Powtarzam tu całemu Kościołowi to, co wielokrotnie powiedzialem kapłanom i świeckim w Buenos Aires: wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody z przywiązania do własnego bezpieczeństwa. Nie chcę Kościoła troszczącego się o to, by stanowić centrum, któryw końcu zamyka się w gąszczu obsesji i procedur. Jeśli coś ma wywoływać święte oburzenie, niepokoić i przyprawiać o wyrzuty sumienia, to niech będzie to fakt, że tylu naszych braci żyje pozbawionych siły, światła i pociechy z przyjaźni z Jezusem Chrystusem, bez przygarniającej ich wspólnoty wiary, bez perspektywy sensu i życia. Mam nadzieję, że zamiast lęku przed pomyleniem się, będziemy się kierować lękiem przed zamknięciem się w strukturach dostarczających nam falszywej ochrony, lękiem przed przepisami czyniącymi nas nieubłaganymi sędziami, lękiem przed przyzwyczajeniami, w których czujemy się spokojni, podczas gdy obok nas znajduje się zgłodniała rzesza ludzi, a Jezus powtarza nam bez przerwy: «Wy dajcie im jeść!» (Mk 6, 37). (Papież Franciszek, Evangelii Gaudium)