Świętość

523566_img_34

„Zaprawdę ŚWIĘTY jesteś BOŻE, ŹRÓDŁO wszelkiej świętości”. Najbardziej lubię drugą modlitwę eucharystyczną ze względu na te słowa. To tak w kontekście wczorajszej kanonizacji Jana Pawła II i Jana XXIII… ale też i dzisiejszego patrona dnia-św. Wojciechu… i każdego innego świętego-znanego i nieznanego… Zacząłem czytać „Dziennik duszy” Jana XXIII i jak zobaczyłem, jaką miał regułę życia, to stwierdziłem, że nie podejrzewam, żebym tak dał radę. Ale zaraz przyszło mi do głowy, że przecież nikt nie każde mi właśnie tak. On miał swoją drogę, Jan Paweł II swoją, św. Wojciech swoją… każdy święty inny, specyficzny, wyjątkowy… Bóg nie robi „kopiuj/wklej”. Jest wspólna cecha wszystkich świętych: byli blisko „Źródła wszelkiej świętości” i dlatego zostali świętymi. We wszystkim innym mogli się różnić od siebie. Ja też nie będę ani Janem Pawłem II, ani Janem XXIII, ale mogę być sobą i też być świętym, o ile będę blisko Źródła. Oni wzbudzają dzisiaj we mnie pragnienie świętości. Są wzorem, inspiracją, ale tgo ja muszę znaleźć swoją drogę do świętości. Pamiętając przy tym co powiedział Jezus: „Ja jestem Drogą”. Chcę być świętym. Tak. On poprowadzi.

Po prostu się uciesz

Właśnie słuchałem przyjemnej muzyczki z prostym tekstem: „Be happy amd clap your hands”. Do tego teledysk zmontowany z różnych scen pokazujących tańczących, radujących się Chasydów. Tańczą na wielkim zgromadzeniu w jakiejś sali… tańczą na ulicy… Jeden spojrzy na to z boku i powie: „To głupie”. Drugi zobaczy i da się porwać tej radości.

Przypomina mi się król Dawid wracający z Arką. Dał się ponieść spontanicznej radości, do tego stopnia, że rozebrał się z szat królewskich i „na golasa” tańczył przed Panem na oczach swoich poddanych. Widząc go w tym uniesieniu, Milka, jego żona, wzgardziła nim. Pewnie niejeden pukał się w głowę, co robi król. To nie przystoi jego urzędowi. Przed świętą Arką na golasa tańczyć?! A Dawid robił to w uniesieniu, napełniony Duchem, którego owocem jest radość.

I myślę o nas, chrześcijanach w kontekście siostry śpiewającej w „The Voice of Italy” czy księdza śpiewającego na Mszy. Patrzę na nasze różne reakcje: jedni się uśmiechną, zobaczą coś przyjemnego w tym, przyjmą to spontanicznie, z dystansem. Inni od razu rozważają od strony norm, rubryk, już mają gotowe wyroki na temat tych osób, choć ich kompletnie nie znają. Drą szaty, wypowiadają ostre zdania, snują czarne wizje. Patrzę na to i wydaje mi się, że czasem niewierzący mają w sobie więcej owocu Ducha jakim jest radość, niż wierzący.

Podobnie było i chyba dalej jest z przyjmowaniem papieża Franciszka. Tylu ludzi, którzy nie są związani z Kościołem daje się porwać jego charyzmie, stylowi. A przy tym spotkam się z ludźmi związanymi z Kościołem, którzy od początku szukają dziury w całym i ciągle krytykują.

Wracam do Chasydów, do ich spontanicznej radości. Jak bardzo życzę nam, chrześcijanom, takiej właśnie radości. Żebyśmy usłyszeli to zaproszenie Jezusa: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie”. Przecież to do nas. Tak, pozwól sobie być dzieckiem Bożym. Miej prostotę i spontaniczność dziecka. Miej radość dziecka, które umie się cieszyć ze wszystkiego.

Czasami, jak patrzę na komentarze i dyskusje katolików odnośnie do różnych wydarzeń w Kościele i nie tylko, to mam ochotę skomentować je zdjęciem jednego z naszych skoczków narciarskich, któremu trener na narcie napisał radę przed skokiem: „Luz w d***e”. Weź się człowieku daj czasem porwać spontaniczności. Może się Kościół przez to nie zawali.

Pisałem maturę z chemii i pamiętam z budowy cząsteczek, że między atomami musi być przynajmniej minimalny luz. Inaczej jest źle. Ta piosenka: „Be happy and clap your hands” przypomniała mi też doświadczenie Eucharystii w Rwandzie. Tam zawsze po podniesieniu Ciała i Krwi Pańskiej rozlegają się oklaski. Tam zawsze po Komunii ludzie śpiewają radośnie i tańczą. I dla nikogo to nie jest profanacja. To jest ich radość. Rubryki nic o tym nie mówią. Ale rubryki nie muszą mówić wszystkiego. Duch wieje kędy chce i nie wiesz skąd i dokąd zmierza. Tak jest z tymi, którzy narodzili się z Ducha.

Przyszedł

Miałem dzisiaj piekne doświadczenie obecności Zmartwychwstałego w Eucharystii. Udzielałem Komunii, schola śpiewała „Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych, Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki, Ty jesteś z nami…”., a mnie przeszywało w tym czasie niesamowite doświadczenie radości i takie poczucie (więcej niż poczucie, przenikającą pewność), że tak, własnie teraz przychodzi Zmartwychwstały i łzy mi napłyneły do oczu. Łzy wzruszenia i radości, a schola zaczęła śpiewać kolejną piosenkę w której były takie słowa: „…kiedy patrzysz na mnie, aż płakać mi się chce…”
Jezus zmartwychwstał i żyje! Zaświadczam. Spoktałem Go kolejny raz.

Z ludzi i dla ludzi

Jestem czwarty rok księdzem. Gdybym chciał wybrać jeden fragment z Pisma Świętego, żeby znaleźć myśl, która odda to, jak staram się przeżywać moje kapłaństwo, to byłby ten: „Z ludzi wzięty i dla ludzi ustanowiony”. Wierzę w to, że kapłan jest w szczególny sposób namaszczony; jest w nim przez sakrament wyjątkowa obecność Chrystusa. Nie czuje się jednak nikim lepszym, ani ważniejszym niż jakikolwiek inny człowiek.

Mam swoje słabości jak każdy, swoje grzechy. Popełniam błędy. Mam swój charakter. Ale mam też takie zwykłe ludzkie potrzeby, radości. Ci, którzy mnie trochę znajdą, wiedzą, że jestem kabareciarzem i uwielbiam się wygłupiać. Lubię podróżować, tańczyć, spotkać się z ludźmi. Bywa, że czuję się samotny, smutny. Różne rzeczy, które dotykają innych ludzi, także mnie dotykają. „Z ludzi wzięty”. Moja mama kiedyś mi powiedziała: „Jesteś chłopakiem z Tatar (jedna z dzielnic Lublina). Jesteś normalnym człowiekiem, jak każdy inny.” Ta świadomość mi bardzo pomaga przejść do drugiej części: „Dla ludzi ustanowiony”.

Żeby być dla ludzi, trzeba być najpierw człowiekiem. Jezus dał tego przykład: Bóg chce być dla ludzi, więc stał się człowiekiem. Widzę, że być dla innych to jest niesamowicie ważne w byciu księdzem. Nie zamknąć się w swoim świecie: „księżowskim świecie”. Być dużo ze świeckimi, widzieć jak żyją, czym żyją. Nie uciekać przed światem, przed współczesnym człowiekiem. Mam znajomych, którzy nie są blisko Kościoła. Lubię ich. Po prostu z nimi jestem. Kilka razy byłem zadziwiony jak to wystarczy, żeby Bóg zaczął działać i topić lody. Powiem szczerze, że ja bardzo lubię być pośród ludzi, którzy są gdzieś „na bandzie” albo i poza bandą Kościoła. Tam są naprawdę wartościowi ludzie. To, co trzeba, to być dla nich człowiekiem, dobrym człowiekiem, otwartym. Bóg z tego robi swoje. Oczywiście tych, co są bliżej też lubię i to też są dobre i bardzo dobre relacje.

Przypomniały mi się właśnie słowa papieża Franciszka, o tym, że pasterz musi pachnieć owcami, i że musi mieć ciągle postawę wyjścia do innych, wejścia między ludzi, być z nimi. Nie wystarczy być tylko szafarzem sakramentów. To bardzo ważne, ale nie wystarczające. Być pasterzem, to być, towarzyszyć (realnie) owczarni. Tak, dzisiaj właśnie to zdanie jest dla mnie kluczowe: „Z ludzi wzięci i dla ludzi ustanowieni”. A największą radość w kapłaństwie sprawia mi widok młodych ludzi w Kościele. Jeszcze większą młodzi spowiadający się i idący do Komunii. Mam wtedy naprawdę taką szczerą radość w sercu. I uwielbiam spowiedzi, w których ludzie wracają po długim czasie, albo po jakichś perypetiach do Boga. Wtedy da się odczuć tę ewangeliczną radość z powracającego do domu. Można by pewnie dotknąć wielu innych wątków, ale ten właśnie dzisiaj jest w moim sercu: „Z ludzi wzięty i dla ludzi ustanowiony”.