Posolić małżeństwa

Myślę, że Kościół dostrzega, że problematyka związana z małżeństwem i rodziną jest priorytetowym wyzwaniem na dziś. Świadczy o tym choćby i zbliżający się Synod temu poświęcony. Jeśli chodzi o spadającą liczbę ślubów, to jest zjawisko, które pokazuje konkretną rzeczywistość. I nie ma co wypadać w panikę, czy lamentować. Kościół nie jest powołany do lamentowania i załamywania rąk. Kościół ma być solą i światłem.

Te dane pokazują, że dzisiaj potrzeba jeszcze bardziej wyrazistego świadectwa rodzin katolickich. Być może to właśnie byle jakie życie sakramentem małżeństwa sprawia, że on nie oddziałuje na innych. Jeżeli młodzi nie widzą świadectwa, że sakrament małżeństwa faktycznie coś wnosi w życie małżonków, to przestają wierzyć w jego nadprzyrodzony wymiar, że to coś więcej niż ceremonia. Jeśli sakrament ten jest (nie zawsze) po prostu ceremonią, to można się bez tego obejść. Oszczędzi się pieniądze, które wydaje się w związku ze ślubem. Można je będzie wydać np. na urządzenie się. Dla mnie to jest zrozumiałe.

Sól (małżeństwa katolickie) przestała solić. Nie ma co się dziwić, że coraz więcej osób rezygnuje z małżeństwa widząc, że to jest bez smaku. A więc trzeba zadbać o jakość małżeństw katolickich. Musimy, naprawdę musimy, postawić mocno na wspólnoty, które formują małżonków, pomagają im wzrastać w duchowości małżeńskiej, żyć sakramentem małżeństwa. Myślę choćby o wspólnotach Domowego Kościoła.

Musimy sobie na nowo uświadomić, że sakrament małżeństwa, jak każdy inny sakrament, ma sens w kontekście wiary. On będzie „działał” jeśli będzie się go przeżywać z wiarą. To pokazuje, gdzie trzeba położyć akcent. Tu także trzeba słuchać czym żyje Kościół, a mianowicie chodzi o nową ewangelizację. Dla owocnego życia sakramentalnego, także małżeńskiego, trzeba podjąć wysiłek prowadzenia ludzi do żywej wiary. Jeśli nie wierzę, to po co mi taki czy inny sakrament. Dziękuję, obejdę się. Albo przyjmę, ale i tak nic z tego nie będzie. Jeśli będziemy budzić w ludziach żywą wiarę, to także w żywy sposób będą podchodzić do sakramentów, w tym małżeństwa. Uważam, że każdy kurs przedmałżeński powinien zaczynać się od porządnej ewangelizacji.

Odnośnie do dojrzałości przyjmujących sakrament małżeństwa, to faktycznie jest tu problem. Ale to jest w ogóle problem dojrzałości wiary. Skoro proces dojrzewania jest dłuższy, to i my powinniśmy wydłużyć proces przygotowania. Wydłużyć go właśnie o ten etap ewangelizacji. Jestem pewny, że doprowadzenie przyszłych małżonków do żywej wiary będzie mieć sto razy większy wpływ na dalsze ich losy i powodzenie małżeństwa, niż niejedna konferencja z przygotowania. W parafii prowadzę np. konferencję o komunikacji w małżeństwie. To bardzo ważny temat. Ale jestem księdzem, a nie psychologiem. Moim zadaniem jest prowadzić ludzi do Jezusa, ewangelizować, budzić wiarę. Resztę niech robią specjaliści. Ja bym chętnie poprowadził rekolekcje ewangelizacyjne dla narzeczonych. Ale może to jest właśnie to nowe wyzwanie, o które trzeba zwalczyć, żeby tak zrobić.

Wydaje mi, się nie ma właśnie dobrej oferty dla narzeczonych. Kilka spotkań w ramach przygotowania, jakiś dzień skupienia, to zdecydowanie zbyt mało. Szczególnie jeśli chodzi o wiarę, a bez niej psu na budę sakrament. Dla nas duszpasterzy to powinno być oczywiste: chcemy dobrych małżeństw, prowadźmy małżonków i przyszłych małżonków do Jezusa. To jest nasze zadanie, które wydaje mi się zaniedbane, co przynosi fatalne skutki.

Może to my, duszpasterze, sami musimy na nowo uwierzyć, że w sakramencie małżeństwa chodzi o coś więcej niż ceremonię. Że jesteśmy odpowiedzialni za pomoc w dojściu do żywej wiary przyszłym małżonkom i pomoc w życiu sakramentem tym, którzy już są w małżeństwie. Może i nas interesuje tylko sama ceremonia. To byłoby wielkie zaniedbanie ze złymi konsekwencjami.

(wypowiedź dla portalu fronda.pl: https://www.fronda.pl/a/ks-lukasz-kachnowicz-dla-frondapl-sol-malzenska-przestala-solic,37391.html?part=1)

Świętość

523566_img_34

„Zaprawdę ŚWIĘTY jesteś BOŻE, ŹRÓDŁO wszelkiej świętości”. Najbardziej lubię drugą modlitwę eucharystyczną ze względu na te słowa. To tak w kontekście wczorajszej kanonizacji Jana Pawła II i Jana XXIII… ale też i dzisiejszego patrona dnia-św. Wojciechu… i każdego innego świętego-znanego i nieznanego… Zacząłem czytać „Dziennik duszy” Jana XXIII i jak zobaczyłem, jaką miał regułę życia, to stwierdziłem, że nie podejrzewam, żebym tak dał radę. Ale zaraz przyszło mi do głowy, że przecież nikt nie każde mi właśnie tak. On miał swoją drogę, Jan Paweł II swoją, św. Wojciech swoją… każdy święty inny, specyficzny, wyjątkowy… Bóg nie robi „kopiuj/wklej”. Jest wspólna cecha wszystkich świętych: byli blisko „Źródła wszelkiej świętości” i dlatego zostali świętymi. We wszystkim innym mogli się różnić od siebie. Ja też nie będę ani Janem Pawłem II, ani Janem XXIII, ale mogę być sobą i też być świętym, o ile będę blisko Źródła. Oni wzbudzają dzisiaj we mnie pragnienie świętości. Są wzorem, inspiracją, ale tgo ja muszę znaleźć swoją drogę do świętości. Pamiętając przy tym co powiedział Jezus: „Ja jestem Drogą”. Chcę być świętym. Tak. On poprowadzi.

Po prostu się uciesz

Właśnie słuchałem przyjemnej muzyczki z prostym tekstem: „Be happy amd clap your hands”. Do tego teledysk zmontowany z różnych scen pokazujących tańczących, radujących się Chasydów. Tańczą na wielkim zgromadzeniu w jakiejś sali… tańczą na ulicy… Jeden spojrzy na to z boku i powie: „To głupie”. Drugi zobaczy i da się porwać tej radości.

Przypomina mi się król Dawid wracający z Arką. Dał się ponieść spontanicznej radości, do tego stopnia, że rozebrał się z szat królewskich i „na golasa” tańczył przed Panem na oczach swoich poddanych. Widząc go w tym uniesieniu, Milka, jego żona, wzgardziła nim. Pewnie niejeden pukał się w głowę, co robi król. To nie przystoi jego urzędowi. Przed świętą Arką na golasa tańczyć?! A Dawid robił to w uniesieniu, napełniony Duchem, którego owocem jest radość.

I myślę o nas, chrześcijanach w kontekście siostry śpiewającej w „The Voice of Italy” czy księdza śpiewającego na Mszy. Patrzę na nasze różne reakcje: jedni się uśmiechną, zobaczą coś przyjemnego w tym, przyjmą to spontanicznie, z dystansem. Inni od razu rozważają od strony norm, rubryk, już mają gotowe wyroki na temat tych osób, choć ich kompletnie nie znają. Drą szaty, wypowiadają ostre zdania, snują czarne wizje. Patrzę na to i wydaje mi się, że czasem niewierzący mają w sobie więcej owocu Ducha jakim jest radość, niż wierzący.

Podobnie było i chyba dalej jest z przyjmowaniem papieża Franciszka. Tylu ludzi, którzy nie są związani z Kościołem daje się porwać jego charyzmie, stylowi. A przy tym spotkam się z ludźmi związanymi z Kościołem, którzy od początku szukają dziury w całym i ciągle krytykują.

Wracam do Chasydów, do ich spontanicznej radości. Jak bardzo życzę nam, chrześcijanom, takiej właśnie radości. Żebyśmy usłyszeli to zaproszenie Jezusa: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie”. Przecież to do nas. Tak, pozwól sobie być dzieckiem Bożym. Miej prostotę i spontaniczność dziecka. Miej radość dziecka, które umie się cieszyć ze wszystkiego.

Czasami, jak patrzę na komentarze i dyskusje katolików odnośnie do różnych wydarzeń w Kościele i nie tylko, to mam ochotę skomentować je zdjęciem jednego z naszych skoczków narciarskich, któremu trener na narcie napisał radę przed skokiem: „Luz w d***e”. Weź się człowieku daj czasem porwać spontaniczności. Może się Kościół przez to nie zawali.

Pisałem maturę z chemii i pamiętam z budowy cząsteczek, że między atomami musi być przynajmniej minimalny luz. Inaczej jest źle. Ta piosenka: „Be happy and clap your hands” przypomniała mi też doświadczenie Eucharystii w Rwandzie. Tam zawsze po podniesieniu Ciała i Krwi Pańskiej rozlegają się oklaski. Tam zawsze po Komunii ludzie śpiewają radośnie i tańczą. I dla nikogo to nie jest profanacja. To jest ich radość. Rubryki nic o tym nie mówią. Ale rubryki nie muszą mówić wszystkiego. Duch wieje kędy chce i nie wiesz skąd i dokąd zmierza. Tak jest z tymi, którzy narodzili się z Ducha.

Przyszedł

Miałem dzisiaj piekne doświadczenie obecności Zmartwychwstałego w Eucharystii. Udzielałem Komunii, schola śpiewała „Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych, Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki, Ty jesteś z nami…”., a mnie przeszywało w tym czasie niesamowite doświadczenie radości i takie poczucie (więcej niż poczucie, przenikającą pewność), że tak, własnie teraz przychodzi Zmartwychwstały i łzy mi napłyneły do oczu. Łzy wzruszenia i radości, a schola zaczęła śpiewać kolejną piosenkę w której były takie słowa: „…kiedy patrzysz na mnie, aż płakać mi się chce…”
Jezus zmartwychwstał i żyje! Zaświadczam. Spoktałem Go kolejny raz.

Z ludzi i dla ludzi

Jestem czwarty rok księdzem. Gdybym chciał wybrać jeden fragment z Pisma Świętego, żeby znaleźć myśl, która odda to, jak staram się przeżywać moje kapłaństwo, to byłby ten: „Z ludzi wzięty i dla ludzi ustanowiony”. Wierzę w to, że kapłan jest w szczególny sposób namaszczony; jest w nim przez sakrament wyjątkowa obecność Chrystusa. Nie czuje się jednak nikim lepszym, ani ważniejszym niż jakikolwiek inny człowiek.

Mam swoje słabości jak każdy, swoje grzechy. Popełniam błędy. Mam swój charakter. Ale mam też takie zwykłe ludzkie potrzeby, radości. Ci, którzy mnie trochę znajdą, wiedzą, że jestem kabareciarzem i uwielbiam się wygłupiać. Lubię podróżować, tańczyć, spotkać się z ludźmi. Bywa, że czuję się samotny, smutny. Różne rzeczy, które dotykają innych ludzi, także mnie dotykają. „Z ludzi wzięty”. Moja mama kiedyś mi powiedziała: „Jesteś chłopakiem z Tatar (jedna z dzielnic Lublina). Jesteś normalnym człowiekiem, jak każdy inny.” Ta świadomość mi bardzo pomaga przejść do drugiej części: „Dla ludzi ustanowiony”.

Żeby być dla ludzi, trzeba być najpierw człowiekiem. Jezus dał tego przykład: Bóg chce być dla ludzi, więc stał się człowiekiem. Widzę, że być dla innych to jest niesamowicie ważne w byciu księdzem. Nie zamknąć się w swoim świecie: „księżowskim świecie”. Być dużo ze świeckimi, widzieć jak żyją, czym żyją. Nie uciekać przed światem, przed współczesnym człowiekiem. Mam znajomych, którzy nie są blisko Kościoła. Lubię ich. Po prostu z nimi jestem. Kilka razy byłem zadziwiony jak to wystarczy, żeby Bóg zaczął działać i topić lody. Powiem szczerze, że ja bardzo lubię być pośród ludzi, którzy są gdzieś „na bandzie” albo i poza bandą Kościoła. Tam są naprawdę wartościowi ludzie. To, co trzeba, to być dla nich człowiekiem, dobrym człowiekiem, otwartym. Bóg z tego robi swoje. Oczywiście tych, co są bliżej też lubię i to też są dobre i bardzo dobre relacje.

Przypomniały mi się właśnie słowa papieża Franciszka, o tym, że pasterz musi pachnieć owcami, i że musi mieć ciągle postawę wyjścia do innych, wejścia między ludzi, być z nimi. Nie wystarczy być tylko szafarzem sakramentów. To bardzo ważne, ale nie wystarczające. Być pasterzem, to być, towarzyszyć (realnie) owczarni. Tak, dzisiaj właśnie to zdanie jest dla mnie kluczowe: „Z ludzi wzięci i dla ludzi ustanowieni”. A największą radość w kapłaństwie sprawia mi widok młodych ludzi w Kościele. Jeszcze większą młodzi spowiadający się i idący do Komunii. Mam wtedy naprawdę taką szczerą radość w sercu. I uwielbiam spowiedzi, w których ludzie wracają po długim czasie, albo po jakichś perypetiach do Boga. Wtedy da się odczuć tę ewangeliczną radość z powracającego do domu. Można by pewnie dotknąć wielu innych wątków, ale ten właśnie dzisiaj jest w moim sercu: „Z ludzi wzięty i dla ludzi ustanowiony”.

Konkret

W kalendarz świętowania Bożego Narodzenia wpisują się dwaj mężczyźni, których wcale nie było tego dnia w betlejemskiej grocie narodzenia. Szczepan i Jan. Pierwszy męczennik i Apostoł-Ewangelista. Przyglądam się im i szukam powiązania z tajemnicą Emmanuela – Boga z nami. Wracają do mnie słowa z początku Ewangelii św. Jana: „A Słowo stało się Ciałem…”. Bóg, który staje się bardzo namacalnie obecny. Jezus Chrystus – konkretna osoba, konkretny człowiek. Odkrywam, że Bóg lubi konkrety. W Jezusie, Emmanuelu, Bóg przestaje być dla człowieka jakimś tam Bogiem zza światów, a staje się Kimś bardzo konkretnym. Symeon mógł wziąć małego Jezusa w swoje ręce i powiedzieć: Moje oczy ujrzały zbawienie. Jan Chrzciciel mógł wskazać na niego palcem i powiedzieć: TO jest Baranek Boży… W Eucharystii podnoszę konkretną hostię, która staje się Ciałem Chrystusa i mówię: TO jest Ciało Moje… Bóg, który nie jest abstrakcją, ideą, tradycją… ale jest bardzo konkretną żywą Osobą.

Św. Jan Apostoł mówi w swoim pierwszym liście: „To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce, bo życie objawiło się„. Życie objawiło się. Od tej pory można je dotknąć, usłyszeć, ujrzeć własnymi oczami. Dwa rozdziały dalej Jan pokazuje dobitnie, że ta konkretność Boga niesie ze sobą konsekwencje. Wierzyć w Boga, który stał się człowiekiem, to wierzyć w sposób bardzo konkretny. Skoro Bóg nie chce być jakimś filozoficzno-dogmatycznym pojęciem, to i wiara nie ma być tylko deklaracją. Jan powie o tym następująco: „Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci. Jeśliby ktoś posiadał majętność tego świata i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga? Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą!„. To jest właśnie życie prawdą o Emmanuelu, jej praktyczne przełożenie: miłować czynem i prawdą – w konkrecie.

Szczepan, pierwszy męczennik, to człowiek, który jest świadkiem w czynie i w prawdzie. Był diakonem, który „pełen łaski i mocy działał cuda i znaki wielkie wśród ludu„. Jego posługa objawiała się konkretnym działaniem Boga w życiu konkretnych ludzi. Ostatecznie Szczepan oddał życie za Jezusa. Najpierw całe swoje życie oddał dla braci, bo tego wymagała od niego posługa diakona. Otworzył serce na biednych i cierpiących. Męczeństwo było chwalebnym zwieńczeniem życia oddanego innym. A przyglądał się temu Szaweł, który stał obok podczas, gdy kamienowano Szczepana. Bierność Szawła jest wyraźnie ukazana jako zgoda na śmierć Szczepana. Bierność obciążona winą moralną.

Przed Bożym Narodzeniem przez media przeszła sensacyjna wiadomość o tym, że jedna z feministek postanowiła dokonać aborcji w Wigilię. Niedługo potem przeszła równie sensacyjna wiadomość, że jeden z zakonników zadeklarował, że jest gotowy adoptować to dziecko, nawet mając świadomość, że wiązałoby się to z koniecznością odejścia z zakonu i kapłaństwa. Nie zgadzam się z pewnym momentem tej wypowiedzi, ale nie mam zamiaru tutaj polemizować z moim kolegą. Przywołuję ją tutaj, ponieważ ostatecznie, pozostając krytycznym, wyciągnąłem z niej wniosek pozytywny. Chodziło o konkretne życie i konkretny czyn wobec tego życia. Grzesiek powiedział mi przez to ważną rzecz: mogę się mylić, ale daję konkret, który odczytuję w świetle wiary, której mam być świadkiem.

Przypomniał mi się też fragment filmu Lecha Dokowicza „Duch”, w którym dwaj włoscy misjonarze pracujący w San Paulo, w Brazylii mówili o pewnym ubogim, bezdomnym mężczyźnie, który szukał pomocy i chodził po różnych domach zakonnych, plebaniach, ale nigdzie nie uzyskał odpowiedniej pomocy, bo nikt go tam nie mógł przyjąć. W końcu przyjęły go prostytutki mieszkające w dzielnicy biedoty. I wtedy ci dwaj kapłani zrozumieli sens słów Jezusa: „Prostytutki i celnicy będą przed wami wchodzili do Królestwa Niebieskiego”. Ci, którzy głosili na co dzień miłość Boga, wzywali innych do nawrócenia, nie przyjęli tego człowieka. Być może nawet niektórzy chcieli, ale nie pozwalały im reguły zakonne, albo jakieś inne przeszkody związane z trybem życia. Jakkolwiek, to prostytutki okazały mu miłosierdzie i stały się przedłużeniem Bożej miłości wobec tego, konkretnego człowieka. To w prostytutkach wypełniło się wezwanie do miłowania nie słowem, ale czynem.

I jeszcze jedno wspomnienie. W tym roku byłem w Rzymie towarzysząc rekolekcjom oazowym. Ksiądz, który im przewodniczył miał wielką wrażliwość na biednych, którzy są na rzymskich ulicach. Kiedy szliśmy z jednego punktu programu na drugi, przemieszczając się przez miasto, on zatrzymywał się przy tych biedakach, zamieniał kilka słów, dawał cukierki. Często zatrzymywał się też przy innych ludziach, których spotykaliśmy przy różnych okazjach. On im naprawdę poświęcał czas, słuchał, rozmawiał. Często to sprawiało, że mieliśmy obsuwę w programie. Denerwowaliśmy się na niego. I chociaż wtedy też wykazywałem postawę szemrania, to jednak dzisiaj bardzo mocno wraca do mnie właśnie to, że ten ksiądz zauważał konkretnych ludzi i w danym momencie, to oni się liczyli. Nie wyrobiliśmy się np. żeby wejść do kościoła, który stoi na miejscu ścięcia św. Pawła, więc odmówiliśmy nieszpory uroczyście przed kościołem. Być może, że dla tych, którzy przyjechali z myślą o Rzymie, to było denerwujące. Może to nie było najlepsze organizacyjnie, może to był błąd tego księdza. Ale przecież ostatecznie w duchu wiary jest ważniejsze spotkać Chrystusa w ubogim na ulicy Rzymu niż dotknąć miejsca, gdzie upadła głowa św. Pawła. Trzeci stopień oazy jest poświęcony odkrywaniu Kościoła. Jedną z bazylik stacyjnych jest bazylika św. Wawrzyńca, który przecież oddał życie po tym, jak zebrał biedotę Rzymu i na żądanie ujawnienia skarbów Kościoła, wskazał na tych ludzi i powiedział: To jest bogactwo i skarb Kościoła!

Na koniec chciałem dać cytat Franciszka, ale jest inny, który usłyszałem akurat w kontekście Grześka, i który jest dla mnie ważny: „W tej konkretnej sytuacji, to on jako jedyny był gotów przestać teoretyzować o miłości i zamienić to w działanie. A cena jest ogromna – życie człowieka. Tu nie można kalkulować. Właśnie ta, konkretna sytuacja, która ma miejsce wymaga konkretnego działania i nie można decydować się na bierność w imię kapłaństwa i tego, że pomagając temu dziecku nie będzie mógł dalej ratować innych jako kapłan. To nie polityka. Życie tego dziecka jest cenne jak każde inne. I gdyby to było jedyne wyjście, to uważam, że postąpiłby słusznie. Ale być może są inne i jestem pewien, że nie decydowałby się na taki krok, gdyby je dostrzegł. To według mnie jest prawdziwa miłość. Właśnie ta, która nie kalkuluje. Miłości się nigdy nie będzie opłacało”.

Emmanuel

„Głos! Twoi strażnicy podnoszą głos, razem wznoszą okrzyki radosne, bo oglądają na własne oczy powrót Pana na Syjon”. Kościół podnosi głos, aby wykrzyczeć radośnie Dobrą Nowinę o Emmanuelu – Bogu z nami. Jesteśmy strażnikami Ewangelii o Bogu, który jest bliski człowiekowi. Strażnikami, którzy nie są postawieni, aby zabezpieczyć tę prawdę przed innymi, aby ją schować w bezpiecznym miejscu. Być jej strażnikiem, to znaczy dopilnować, żeby dotarła do wszystkich.

Na początku było Słowo…„. Ewangelia dnia Bożego Narodzenia każe nam sięgnąć do początku. A początek był taki, że Bóg stworzył człowieka i wszedł w bardzo zażyłą relację z nim. Chodzili po Raju jak przyjaciel z przyjacielem. Nieszczęście, które nazywa się grzechem, sprawiło, że ta relacja została utracona. Człowiek ukrył się przed Bogiem, z lęku. To nieszczęście od tamtej pory dotyka ludzi wszystkich czasów. Człowiek, który jest grzesznikiem (każdy) ma problem z uwierzeniem w miłość Boga, tę pierwotną relację. Ma ciąglę pokusę bać się, chować.

Ale Bóg nie zrezygnował z tej relacji. „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna”. W Sercu Boga ciągle była tęsknota za utraconym rajem. Tak, Bóg też utracił raj. Bo raj, to był On i człowiek – razem. Bo raj to nie jakaś przestrzeń, ale to jest relacja miłości Boga z człowiekiem. Tęsknota doprowadziła Boga do szaleństwa – szaleństwa miłości. „Ogołocił samego siebie stawszy się człowiekiem”. Lepiej było Bogu ogołocić się, niż trwać w tej tęsknocie. Poszedł za człowiekiem, aż stał się człowiekiem.

Zbawienie mogło dokonać się w każdy inny sposób. Jednak Bóg nie chciał po prostu załatwić sprawy, zrobić coś z urzędu. On przyszedł po swojego przyjaciela. Najpierw musiał uzdrowić jego serce, żeby zechciał znowu zaufać w Jego miłość. Dlatego przychodzi jako małe, bezbronne dziecko. Dziecko nie budzi lęku, nie jest groźne. Aniołowie, którzy obwieszczają wiadomoć o narodzeniu Jezusa pasterzom zaczynają od wołania: „Nie bójcie się!”. To jest wołanie Boga do człowieka wyrażone w małym Jezusie: Nie bój się Mnie!

A Słowo stało sie ciałem i zamieszkało między nami...” Bóg, który stał się człowiekiem, to Bóg, który na nowo wchodzi w bardzo zażyłą relację ze swoim przyjacielem. To dzięki temu Jezus może przyjść do domu swoich przyjaciół – Marty, Marii i Łazarza, może siadać za stołem z celnikami, faryzeuszami, i każdym innym. To dzieki temu, kobieta cierpiąca na krwotok mogła się Go dotknąć. Jezus, który zostawia się w Eucharystii, aby każdy mógł Go dotknąć, posmakować, przyjąć do siebie. Prawda o Emmanuelu, Bogu z nami, staje się namacalna. Bóg staje się namacalnie obecny, bliski. Raj odzyskany.

Dzisiaj Kościół podnosi głos, aby powiedzieć każdemy człowiekowi, że prawda o Emmanuelu – Bogu z nami jest ostateczną prawdą, ostatecznym przesłaniem Boga do człowieka. Nigdy Bóg nie będzie przeciwko, albo obok człowieka. Ostatecznie stał się Bogiem z nami w Jezusie Chrystusie.

https://www.youtube.com/watch?v=LNQGmQfrt_E

Rodowód

Przed Uroczystością Bożego Narodzenia można usłyszeć Ewangelię praktycznie całą utkaną z bardzo wielu imion. Kościół nazywa ją rodowodem Jezusa. Wychodząc od Abrahama przechodzimy przez wszystkie pokolenia Izraela, aż do Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus. Można się śmiało zapytać, a jaki to rodowód Jezusa, skoro Józef był tylko Jego przybranym ojcem? A jednak ma to sens. Ta Ewangelia pokazuje najpierw jasno, że Jezus jest inny od każdego z wcześniej wymienionych synów. Jest Bogiem, a więc właściwie jest „spoza” tego rodowodu, niezależny od tych, którzy Go poprzedzili. A jednak to jest Jego rodowód. Wchodzi w to. Nie z konieczności, bo urodził się synem tego, czy tamtego, więc siłą rzeczy wszedł w ciąg pokoleń. Wchodzi dobrowolnie, bo stając się człowiekiem chce się utożsamić z całą historiią swojej ludzkiej rodziny. Emmanuel – Bóg z nami, pośród nas. On to potraktował bardzo poważnie, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Ewangelista wymienia w sumie 42 pokolenia. Całe mnóstwo ludzi, przeróżnych. Jest wielki patriarcha Abraham, król Dawid, Salomon, ale jest też np. Asa. Kto zna jakiegoś Asę? Kto słysząc to imię jest w stanie od razu powiedzieć kim on był? Są tacy, którym Biblia poświęca wiele miejsca, i są tacy, którzy mają w niej swój epizodzik i generalnie współczesnym wierzącym nie są znani. Są tacy, którzy mieli wielkie zadania, i tacy, którzy po prostu byli. Są Żydzi, ale pojawiają się i ludzie spoza Narodu Wybranego, np. Rut Moabitka. Są wzory życia wiarą, ale i tacy jak np. Achaz, król który propagował kult pogański w swoim królestwie. Są szlachetni, ale i grzesznicy. Przy Dawidzie jest zaznaczone, że był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Kto zna historię Dawida, ten wie, że sprawa cudzołóstwa z Batszebą i zabójstwo Uriasza to największa plama w życiorysie Dawida. Spodziewam się, że każdy z nas chciałby wymazać ze swojego rodowodu tak haniebną informację. Owszem Dawida można wspomnieć, ale po co mówić przy tym o Uriaszu, który przypomina jednocześnie najciemniejszą stronę z życia króla. A jednak ta wzmianka się tu znalazła.

Rodowód Jezusa kiedyś wydawał mi się niepotrzebnym męczeniem wiernych jakąś litanią imion. Dzisiaj, jest dla mnie jedną z kluczowych Ewangelii pokazujących czym jest prawda, że Bóg stał się jednym z nas. To jest naprawdę Dobra Nowina. Bóg nie dokonuje selekcji w swoim rodowodzie. Jezus pokazuje, że jest Emmanuelem – Bogiem z… porządnym i łajdakiem, wielkim i małym, wierzącym i niewierzącym, wiernym i niewiernym… To jest niesamowita prawda o Bożej miłości, która jest całkowicie niezależna od nas i naszych uwarunkowań, nawet moralnych. To jest coś fundamentalnego. Bóg, który mówi: Przyznaję się do was, czynię was swoją rodziną, wpisuję do Mojego rodowodu, do Mojej tożsamości! Wszystkich, absolutnie wszystkich! Rodowód Jezusa to nie tylko 42 pokolenia wstecz, ale także wszystkie pokolenia po Jego narodzinach. To także ja i ty, z naszymi historiami, z naszym życiem. Jezus, Emmanuel – Bóg z… z tym, co we mnie jest porządne i tym, co jest grzeszne, słabe. On przychodzi do mojego życia, takiego jakim ono jest. Do każdej jego stronnicy. Mówi: Nie wyrywaj kartek, nie wymazuj, nie zasłaniaj niczego ze swojego życia. Znam to wszystko. Przychodzę do tego wszystkiego. Jesteś w Moim rodowodzie z twoją historią życia. Przyszedłem cię odkupić, zbawić. Przyszedłem uświęcić twoją historię, nie twoją świętością, ale Moją obecnością w niej. Twoje życie, to historia zbawienia, historia, w której jest Bóg, Emmanuel.

Każde z tych imion w rodowodzie Jezusa miało swoje miejsce, prowadziło ostatecznie do Niego. Wierzę, że różne wydarzenia, dobre i złe, chlubne i niechlubne w moim życiu prowadzą ostatecznie do Jezusa i w Nim znajdą swoje wypełnienie. Wierzę też, że moje życie wpisuje się w powszechną historię zbawienia, która wciąż się toczy. Wierzę, że tak jest z życiem każdego człowieka.

Odkrywać dobro

pryzmat

Mógę być posądzony o monotematyczność, nie będe miał nic przeciwko. Ale nie ma dla mnie bardziej pasjonującego tematu do dzielenia się z innymi niż DOBRO. To jest właśnie moja pasja. A wszystko ma swoje źródło w tym, że najważniejszą prawdą, najważniejszym dogmatem mojego życia i kapłaństwa jest to, że BÓG JEST DOBRY! To jest jasny strumień światła, który przechodzi przez pryzmat i rozszczepia się rzucając na rzeczywistość światło w nowych barwach. Prawda o tym, że Bóg jest dobry kiedy przechodzi przez serce, wówczas sprawia, że patrzy się na otaczający świat, na ludzi i wydobywa się przede wszystkim dobro. Ono zostaje w jakiś dziwny sposób naświetlone, wyakcentowane. Świat jest dziełem Tego, który jest Dobry. Niesamowite jest zdanie, które zaraz po stworzeniu zawisło nad światem: „I wdział Bóg, że było dobre”. To jest pierwsze błogosławieństwo wypowiedziane przez Boga: Jesteś dobry! Bóg nigdy nie odwołał tego zdania. Nawet po grzechu nie usunął tego fragmentu, kiedy po stworzeniu ludzi jest mowa o tym, że „Bóg widział, że było to bardzo dobre”.

Patrzę więc na świat, na ludzi i widzę ogromne pokłady różnorakiego dobra. I słyszę gdzieś w sercu te słowa Księgi Mądrości (1, 14): „Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu”. Czasem ukryte. Czasem to dobro ukryte jest pod jakimiś gruzami słabości i grzechu. Ale trzeba mieć wiarę, że tam w głębi serca człowieka jest dobro, które czeka na odkrycie i wydobycie na światło dzienne. Myślę, że my, chrześcijanie, szczególnie też my, księża, powinniśmy być jak Boży górnicy, który zadadzą sobie trud schodzenia w głąb ludzkich serc, żeby szukać i wydobywać w nich dobro. Współczesny człowiek bardzo potrzebuje innego człowieka, który pomoże mu na nowo uwierzyć w to fundamentalne Boże błogosławieństwo wypowiedziane nad nim. Tak, mamy być Bożymi górnikami w odkrywkowej kopalni dobra. To jest trudno robota, czasem ryzykowna. Można się bać, że zło zawali się nam na głowy. Można powiedzieć po prostu: ten człowiek jest zły. Wówczas dużo łatwiej jest przyczepić tabliczkę: „Uwaga! Teren skażony! Nie wchodzić!” Ale Jezus wchodził przede wszystkim tam, gdzie inni wywiesili takie właśnie tabliczki. Dlatego uwielbiam tę wypowiedź Papieża Franciszka o spotkaniu Jezusa z celnikiem Mateuszem. Ona pokazuje prawdę, że w Jezusie Bóg wypowiada nad każdym, nad każdym (!), wciąż te same słowa: „I widział Bóg, że było bardzo dobre”.

„Mówimy: to spojrzenie go nawróciło. Zaledwie poczuł w sercu spojrzenie Jezusa, wstał i poszedł za Nim. I to jest prawda: Jezusowe spojrzenie zawsze nas podrywa. To spojrzenie nas podnosi, nigdy nie pozostawia na miejscu. Ale też nigdy nie uniża, nie upokarza. Zaprasza cię do powstania. To spojrzenie niesie cię ku wzrastaniu, kroczeniu naprzód, zachęca cię, bo cię kocha. Daje ci odczuć, że On cię kocha. I to właśnie daje odwagę, by iść za Nim. «On wstał i poszedł za Nim» Gdy Jezus na nich spoglądał, musieli oni odczuwać coś na kształt dmuchnięcia w żar: doznali wewnętrznego ognia oraz tego, że Jezus ich podnosi, przywraca im godność. Spojrzenie Jezusa zawsze czyni nas godnymi, daje nam godność. To jest hojne spojrzenie. «Ależ popatrz, co to za nauczyciel: ucztuje z miejskimi śmieciami!». A jednak pod tymi śmieciami był żar pragnienia Boga, żar Bożego obrazu, który pragnął, by ktoś mu pomógł przemienić się w płomień. I to właśnie czyniło Jezusowe spojrzenie”

Pewnego dnia podzieliłem się na facebooku tą właśnie myślą na temat dobra. Tego samego wieczoru dostałem na mejla potwierdzenie w formie świadectwa, które przysłał mi nieznajomy człowiek. Chcę się nim tutaj podzielić (nic w nim nie zmieniałem).

„Szedłem i mijał mnie tłum ludzi i moim oczom ukazała się starsza pani, która miała ogromnie skrzywiony kręgosłup, aż przypominała literę ‚l’ albo ‚u’ Widać było, że ciężar życia ją tak wygiął po tej doświadczonej twarzy, po tym, że podtrzymywała się jedną dłonią laskę, bo nie potrafiła iść, ciągnęła za sobą trzy torby, nikt się nie zatrzymał, N I K T bo przeciez po co,na co, ta cholerna znieczulica……….. na tyle ludzi, dorosłych, młodych, w każdym wieku, każda płeć, nikt, podszedłem i spytałem czy pomóc, zazwyczaj tak robie, bo czemu by nie pomoc cnie, podniosła wzrok na mnie, była przy mnie jak smerf i oczami pełnymi bólu, cierpienia i braku wiary powiedziała, że nie, nie muszę, choć tak bardzo Jej twarz krzyczała pomóż mi, zabrałem jej torby były naprawdę nawet ciężkie, a ta biedna kobieta sama je taszczyła, próbowałem zagadac czy coś cnie, rozmawiałem, ale to silna, ogromnie silna kobita nie chciała się żalić cały czas mówiła, że ona po prostu zaakceptowała to jak ma być i skoro tak ma być to ona to przetrwa, szliśmy przez spory kawałek ulicy, ludzie patrzyli się na nią jak na odmieńca, a na mnie jakbym był jakimś najgorszym śmieciem, który pomaga starszej kobicinie, to my byliśmy inni, nie Oni, wstydziła się swojej niemocy, sam nie mam za dużo kasy cnie, ale zrobiłem mini zakupy, a gdy nie widziała włożyłem jej do torby kilka produktów, nie przyjęła by ich, Wystarczyło jej to, że doprowadziłem Ją na przystanek, pomogłem nieść torbę, słuchałem i byłem, przecież to takie ludzkie, tak bardzo bolało mnie to, że nie mogę jej bardziej pomóc, chociaż chciałem, widzisz księzulku jestem jaki jestem, ale mam w chuj duże serce i lubię pomagać…czasem nie wiem jak, ale chcę, jestem dresikiem z ogoloną głową i co z tg? jeżeli nikt nie chce mi pomóc, to sam musze się zająć tym i wyciągnąć do kogoś rękę… jej całe ciało to obraz cierpienia, pytałem jeszcze milion razy czy na pewno więcej nie mogę dla niej nic zrobić, a ona pogłaskała mnie po dłoni, powiedziała dziękuję i że dawno nikt jej nie pomógł i że zapomniała jakie to uczucie i powiedziała, że sobie poradzi, nie wiem jak ma na imię, skąd jest, ale jest moim wzorem jak można godnie cierpieć, pękło mi serce kiedy musiałem się odwrócić i pójść, nie mogę o niej zapomnieć, o jej wzroku, o tych łzach, które zamknęła w powiekach, jest wielka w swoim bólu..
tak sie zastanawiam czy mooże życie jest koszmarem, a śmierć życiem? może to psychiczna gra nagrana na zdartej płycie? może utkwiłem w popierdolonym śnie? nie chcę tu być, więc krzyczę: zabierz mnie, tylko do kogo, coo? jak Magik czasem chcę skoczyć z tego bloku, i czasem myślę, że lepiej by pozostał po mnie popiół, jednak jak widzisz księzulku dalej idę, choć ciężar dnia przyciska w dół i umieram w sobie kolejny raz, a serca pęka na pół, kolejny wieczór pachnie samotnością i kolejny raz piję z bezradnościąm Zaciśnięty w kręgu wybierasz sznur i jesteś gwiazdą spadającą w dół podnoszę kieliszek pijąc za..właśnie za co? bbrak mi już siły i siadam na podłodze, czy napisać w końcu, że odchodzę? mam siniaki na sercu i krwawi każda tkanka i kurwa mać, tak bardzo boję się kolejnego poranka, co bd jeżeli sie sprzeciwię chociażby ojcu? co się stanie jezeli nie wezmę kolejnej działiki? co się stanie gdy zabraknie mi floty? zadaję sb 987739839873978 pytań, na razie wszystkie zostają bez odpowiedzi, nie leczone rany sprawiają, że umieram od środka, krzyczę, lecz na marne gardło zdzieram, jestem sobie sam, chciałbym dać coś komuś, cząstkę serca, może kiedyś ktoś odpłaci się tym samym… WIERZĘ W LUDZI, NIE W HIENY MATERIALISTYCZNE, CZEKAJĄCE NA BÓL KOGOŚ BY SIĘ NIM NAKARMIĆ
Fakt, że jestem śmieciem dla wszystkich wkoło, że tylko się mnie wyrzuca, ale to złe rozumowanie, zrozumiałem to dopiero później, kiedy daje się coś ludziom – nie jest się śmieciem, kiedy inni mówią, że Cię potrzebują i choć czasem zawodzą to przecież jesteśmy ludźmi – bądź dla nich, to od nas samych zależy czy będziemy nikim czy człowiekiem, tto my wyznaczamy swoją wartość – bo nasza wartość zależy od tego jacy jesteśmy, nie od tego skąd pochodzimy, od rodziny, koloru skóry, naszej seksualności czy jak to tam sie zwie, oooo – orientacji, fdlatego walczę choć bywa ciężko i czasem muszę odpocząć i popaść w lekką melancholię, ale po to by zebrać siły i dalej kroczyć w przód c’nie?!?!?!?”

Na łożu

Niesamowicie lubię Ewangelię o paralityku, którego jacyś ludzie niosą na łożu do Jezusa. Lubię sobie wyobrażać tych kilka osób przedzierających się z człowiekiem na łożu przez tłum ludzi, wdzierających się na dach i spuszczających z niego chorego wprost przed Jezusa. Nie wiemy, czy ci, którzy nieśli paralityka, to byli jego bliscy, czy może to jacyś przypadkowi ludzie zdjęci litością po prostu chwycili za łoże. Ale ich szaleństwo mnie fascynuje. Zafascynowało też Jezusa. On w tym szaleństwie zobaczył ich wiarę i odpowiedział na nią dobrocią, łaską, która dotknęła paralityka. Tym razem, to nie wiara chorego się liczyła, ale tych, którzy go przynieśli. Prawdopodobnie paraliż dotykał nie tylko ciała, ale i ducha, ponieważ pierwsze, co uzdrawia Jezus, to własnie serce tego człowieka.

Wiem, że w tej Ewangelii odnajduję się na dwa sposoby. Raz jako ten, który jest jednym z niosących łoże. Tak, moje bycie księdzem na tym własnie polega: kiedy służę drugiemu sakramentem spowiedzi, kiedy sprawuję Eucharystię, kiedy modlę się za innych, kiedy głoszę Słowo Boże… to są momenty, w których Bóg pozwala mi nieść czyjeś łoże. Czasami świadectwa ludzi przychodzą niespodziewanie, że dokonało się dobro, że Jezus dotknął ich życia w jakiś sposób. Więc mam świadomość, że uczestniczę w niesieniu do Jezusa różnych ludzi. Ale to nigdy nie jest dzieło Łukasza Kachnowicza. Nawet jeśli jestem w tym jakoś obecny, to jest dzieło wspólnoty Kościoła, a ostatecznie dzieło łaski Bożej. Wszystko, co mam i czym mogę służyć innym jest mi dane przez Boga w Kościele. Przede wszystkim niesamowity dar kapłaństwa. Nigdy sam nie przyniosłem nikogo do Jezusa. Zawsze to łoże niesiemy razem z innymi, całą wspólnotą Kościoła.

Jednak najbardziej odnajduję się tutaj jako paralityk. Tak, chcę to wyznać, że przede wszystkim jestem paralitykiem. W ostatnim czasie towarzyszy mi coraz mocniejsza świadomość własnej słabości. Jestem człowiekiem słabym duchowo. Jestem grzesznikiem. Takim prawdziwym grzesznikiem, który z różnymi słabościami wcale nie może dać sobie rady. Borykam się ze stanami depresyjnymi, które potrafią mnie całkiem nieźle sparaliżować w różnych momentach. Jestem paralitykiem. Trudno jest księdzu zgodzić się na to, żeby widzieć się bardziej w tej scenie jako paralityk, niż jako niosący łoże. Trudno jest powiedzieć: to ja potrzebuję bardziej Was, niż Wy mnie. Bez Was nie jestem w stanie Wam służyć. Ale to jest prawda.

Przychodzi wówczas demon, który mówi, że tak być nie może. Ja muszę być silny, a przynajmniej udawać silnego. Ja mam tylko dawać innym. Ja mam tylko nieść. A jeśli jestem słaby, to znaczy, że jestem do niczego, niepotrzebny, nie spełniam swojego zadania, nie nadaję się. Ale demon jest kłamcą. I jest źle kiedy w te kłamstwo zaczynają wierzyć księża, biskupi, wychowawcy w seminarium, klerycy, wierni. Wówczas powtarzamy błąd Piotra: „Panie, Ty mi nie będziesz umywał nóg!” Ty jesteś Mistrzem, nie możesz być niżej ode mnie, u moich stóp, bo to postawa słabości. „Panie, nigdy to na Ciebie nie przyjdzie, żebyś został ukrzyżowany!” Ty czynisz cuda, nauczasz z mocą, jak możesz mówić o tym, że będziesz umierał całkowicie bezsilny, zmiażdżony cierpieniem, przybity do drzewa hańby. Zgorszenie słabością. Jezus odpowiada na nie ostro: „Odejdź ode mnie szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, ale po ludzku!”

W Liturgii Eucharystycznej zawsze mocno wybrzmiewają w moim sercu słowa: „Prosimy Cię, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła”. Wypowiadam te słowa, jako ksiądz-paralityk, także w swoim imieniu. Jestem świadomy tego, że niesie mnie wiara Kościoła, wiara wspólnoty. Niesie mnie łaska Boża obecna w sakramentach. Niesie mnie wiara i modlitwa wielu ludzi. Przypominają mi się te wszystkie sytuacje, w których byłem rozłożony słabością, a jednak byli ci, którzy chwytali za łoże i przedzierali się ze mną do Jezusa. Ciągle mnie do Niego niosą. Moi bliscy, także Ci, którzy podejmują modlitwę za mnie, ale i w ogóle cała wspólnota Kościoła. Wspólnota, której tak bardzo potrzebuję. Potrzebuję Kościoła, któremu mam służyć jako ksiądz.

Dziękuję Bogu, za Kościół. Dziękuję za tych, którzy znają moje paraliże, a jednak nie zgorszyli się moją słabością. Dziękuję za tych, którzy na co dzień niosą moje łoże do Jezusa. Proszę Boga o to, żeby zabrał z mojego serca opór pychy, która nie uznaje we mnie obrazu paralityka. Proszę Go o to, żeby dał mi odwagę przyjęcia prawdy o sobie. Proszę Go o to, żeby dał mi radość, która nie ustępuje z powodu tej prawdy.

Wracam myślami do pierwszych chwil pontyfikatu Franciszka. Chcę mieć przez całe swoje kapłaństwo taką właśnie postawę, od jakiej on rozpoczął.

frukaczmariusz_fcdde43700f7ef517ba650befc4d1eb3

„A teraz chciałbym udzielić wam błogosławieństwa. Ale najpierw proszę was o przysługę: zanim biskup pobłogosławi lud, proszę was, byście pomodlili się do Pana o błogosławieństwo dla mnie. Modlitwa ludu proszącego o błogosławieństwo dla swego biskupa. Odmówmy w ciszy tę waszą modlitwę za mnie”.

(Papież Franciszek, jedne z pierwszych słów po wyborze)